Świąteczna atmosfera, święcone, Zajączek, Baranek, nasza przeszłość i przyszłość. Trudno w tych dniach nie myśleć o tym co było i o tym co nas jeszcze czeka…

Ze Starostą Opolskim Henrykiem Lakwą rozmawia Leszek Myczka.

Leszek Myczka: Mamy już Triduum Paschalne, lada moment Święta Wielkanocne. Czuje Pan jak się zbliżają?

Henryk Lakwa: No idą, idą te święta, ale jakoś się ich nie czuje. Synoptycy, którzy ostatnio dość trafnie przewidują pogodę, tym razem zawiedli. Miało być ciepło i słonecznie, a tu listopad… Muszę przyznać, że mimo iż wiem, że liturgicznie te święta są dla nas najważniejsze, to daleko bardziej lubię Boże Narodzenie.

Profesor mniemanologii stosowanej, Jan Tadeusz Stanisławski, wygłaszał wykłady pn. „O wyższości Świąt Bożego Narodzenia nad Świętami Wielkiej Nocy”. Tyle że jak z nim rozmawiałem, to okazało się, że z tą wyższością jest różnie. „Te wyżej, do których bliżej” – przyznał i zmieniał temat na „O wyższości Świąt Wielkiej Nocy nad Świętami Bożego Narodzenia”…

W ten sposób znacznie dłużej wychwalał Boże Narodzenie, bo aż od kwietnia do grudnia. Mamy już Triduum Paschalne, ale to jakoś do mnie nie przemawia. Może brakuje mi śpiewania. Nikt jeszcze nie wymyślił czegoś takiego jak kolędy wielkanocne, nikt nie śpiewa piosenek okołoświątecznych, takich jak Christmas songs. To głównie one tworzą dla mnie świąteczny klimat. Może gdyby rzeczywiście wraz ze świętami pojawiała się prawdziwa, ciepła, słoneczna wiosna… Ale niestety.

Boże Narodzenie wyznaczają też potrawy…

No właśnie. Karp, makówki, barszcz z uszkami, których nie jada się na co dzień – a tu jajka i kiełbasa czy żurek.

Tyle że to inne jajka, inna kiełbasa i inny żurek – przynajmniej teoretycznie.

Jajka inne, owszem, bo malowane. My w domu nie ozdabiamy jaj tak jak robią to kroszonkarki. Ot, po prostu gotujemy w łupinach cebuli, natłuszczamy je skórką z boczku, żeby pięknie błyszczały, i to wszystko. W moich rękach jajka pękałyby jedno za drugim. Próbowałem, ale szczególnie w tych miejscach na czubkach, na których z jednej albo drugiej strony była pusta przestrzeń, zawsze mi skorupki pękały. Czasami żona coś tam podrapie, ale też nie ma zbyt wiele cierpliwości. Mama i babcia się tym kiedyś zajmowały. Co do żurku, to dopiero ostatnio dowiedziałem się jak się go robi i że to taka skomplikowana czynność. Najpierw trzeba zrobić zakwas… Myślałem, że to po prostu, jak każdą inną zupę, na rosole – a tu nie! Zakwas ludzie robią w domu, a po co? W każdym sklepie można kupić. Ostatnio kupiłem nawet zakwas buraczany na barszcz. W butelce. Jak się go w domu robi, to to przecież musi nieźle śmierdzieć. Po co ludzie sobie tak komplikują życie?

Widzę, że rzeczywiście nie jest Pan amatorem tych świąt?

Nie to, że ich nie lubię. Od Wielkiego Czwartku do poniedziałku od dziecka chodziłem do kościoła. To są święta bardziej dla ducha, do przeżywania indywidualnego. Zawsze trzymaliśmy wszystkie posty. Nie było mowy, żeby zjeść jakąś wędlinę na przykład – choć to wszystko leżało, czekało i kusiło. Zawsze przecież przed świętami przygotowuje się większą ilość atrakcyjnego jedzenia. Dopiero w niedzielę rano człowiek się najadał. No i dostawaliśmy zajączka. Buszowałem po ogrodzie, bo rodzice zawsze dobrze chowali. A w poniedziałek wstawałem wcześnie i czaiłem się z kubeczkiem wody, żeby oblać mamę i siostry. A potem… Potem z dzieciakami toczyliśmy wojny wodne.

Do dziś Pan tak surowo pości przed Świętami?

Trochę się to zmieniło. Doszliśmy do wniosku, że jak już się odzywają dzwony i organy w kościele, to już można. I tak w sobotę późnym wieczorem „święcone” znika…
A w niedzielę u nas nigdy nie było dzielenia się jajeczkiem – o czym teraz słyszę. Śniadanie jest właściwie normalne, tak jak w każdą niedzielę. Ciasta nie było żadnego specjalnego. My nie znaliśmy mazurków. Teraz będzie strudel z makiem albo żona zrobi coś z owocami. I jak się tak rozglądam po rodzinie, to kołocz… Ale kołocz zawsze był. Babcia piekła. Boże Narodzenie to święta rodzinne. Wielkanoc przeżywamy wewnętrznie, poczynając od rekolekcji, które wprowadzają w tematykę, przez palmową niedzielę… Ja jestem tutaj u nas takim najstarszym ministrantem i pomagam księdzu w kaplicy w domu pomocy społecznej podczas liturgii – tak się do dzisiaj realizuję. Nie wiem, czy to nie rekord wiekowy, ale taką odczuwam potrzebę.

Dziwnie jakoś w tym co Pan mówi nie czuję optymizmu, który te święta powinny ze sobą nieść. Z jednej strony; „Alleluja, Pan Zmartwychwstał”, z drugiej budząca się do życia przyroda – trudno o coś radośniejszego.

Suto zastawione stoły – to atrybut i jednych, i drugich świąt. I obojętnie, czy to zima, czy wiosna, po takim jedzeniu to mi się najlepiej leży. Nawet jak zaświeci słoneczko, to gotów jestem się zdrzemnąć. Ale przecież przyjemniej się zdrzemnąć podczas Bożego Narodzenia – bo przy kominku. Teraz pogoda jest taka kapryśna, że może będziemy zajączka ze śniegu lepić. Ja już nie pamiętam tak wiosennych świąt, jakie zdarzały się dawniej. Lataliśmy w śmigusa z wiadrami wody i nikomu to nie przeszkadzało, bo było ciepło. Po kościele wszystkie parafianki oblewaliśmy i wszystkie były przeszczęśliwe, że były oblane. Oczywiście nie laliśmy na głowy, żeby fryzur nie zniszczyć. Pamiętam, mieszkałem wówczas w dzielnicy Prószkowa zwanej „Betlejem”. Koleżanka jako jedna z nielicznych miała jeszcze studnię. U niej czerpaliśmy wodę, by po sumie, koło południa, spełnić swój „obywatelski obowiązek”. Może ten brak jakiegoś szczególnego sentymentu do tych świąt wynika również z faktu, że jesteśmy domatorami, a nasze rodziny mieszkają za granicą. Od dawna na Wielkanoc nikt do nas nie przyjeżdża. Oni się spotykają tam, gdzie mieszkają. Tam im jest wygodniej. Wypadałoby, żebyśmy my tam pojechali. Ostatnio nawet myśleliśmy z żoną o tym, żeby na wczasy gdzieś pojechać na ten czas. Ale brakowałoby mi wtedy tego kościoła, niektórych programów telewizyjnych – bo pojechalibyśmy oczywiście gdzieś daleko, do ciepłych krajów. Coraz więcej ludzi wybiera taką formę spędzania świąt. Uciekają od garów, sprzątania, przyjmowania gości, rodziny – wybierają odpoczynek. Obawiam się, że przez to zagubi się magia i jednych, i drugich świąt.

Kto chodzi u Państwa w domu święcić pokarmy? Pan z koszyczkiem…?

Dawniej córka zawsze chodziła. Teraz na ogół udaje nam się w sobotę o 13:00 jakoś dotrzeć do kościoła. Czasami, jeżeli nie możemy sami, znajomi biorą nasz koszyczek razem ze swoim – tak było w ubiegłym roku, gdy nie było nas na miejscu w sobotę.

A czy ma Pan jakieś swoje domowe zadanie związane ze świętami?

Sprzątanie obejścia, ogrodu, a nawet chodnika i połowy drogi przed posesją. Wiosenne porządki. W święta ludzie się odwiedzają,  chodzą i sprawdzają. Głupio by było, gdyby u Lakwów było jeszcze zimowo. Zresztą i tak trzeba to zrobić, żeby było przyjemnie. Przyznam, że mam przy tym trochę pracy. A wracając do potraw, to w tym roku po raz pierwszy pojawi się u nas żurek. Zawsze był rosół. Będzie gotowany na białej surowej kiełbasie. Zakwas będzie ze sklepu. Ja wiem jak go się robi, bo dużo czytam, tylko że potem mi to często nie wychodzi. Dlatego nie ryzykuję. Żona kiedyś chleb sama piekła. Dostała od kogoś zakwas i tak go pielęgnowała, że przez jakieś trzy lata z kolejnej dawki urastał nowy bochenek. Najbardziej jednak brakuje mi tego śpiewania. Haendla nie pośpiewamy, co najwyżej „Hallelujah” Cohena. W kościele przed świętami mamy smutne pieśni, postne, potem chwilę o Zmartwychwstaniu, ale krótko, bo przychodzi maj, a z nim pieśni maryjne.

No a zajączek?

Zając wyjechał od nas z domu 15 lat temu do Wrocławia, wraz z córką. Dziś to tylko symbol – córka dostanie na swoje potrzeby. Nie musi już szukać tego w ogrodzie. Kiedyś chowaliśmy tak, żeby szukanie zajęło przynajmniej pół godziny. W ten sposób zyskiwaliśmy święty spokój. Chowaliśmy w różnych miejscach – nigdy w jednym. Mówiliśmy tylko, że na przykład w czterech. Teraz gdy patrzę na moje otoczenie, na sąsiadów, to nie widzę, żeby dzieci tam szukały. A mamy sąsiadów z dziećmi w wieku szkolnym.

Co Pan dostał od zajączka takiego, co do dziś utkwiło Panu w pamięci?

To już był taki dorosły, przemyślany i konsultowany zajączek. Miałem dostać pieniądze na kurs na prawo jazdy. Zobaczyłem jednak w domu kultury ogłoszenie o kursie tańca towarzyskiego. Powiedziałem o tym mamie i pozwoliła mi wybrać. I to była świetna decyzja. Gdy się okazało, że dobrze sobie radzę, mama już bez zajączka fundowała mi kolejne stopnie. Prawo jazdy zrobiłem dopiero w momencie, w którym pojawiło się auto. Byłem żonaty i dziecko było w drodze i żona któregoś dnia się zbuntowała, że nie mieści się już z brzuchem za kierownicą. Miała prawo jazdy, bo w jej domu był samochód od dawna. Ale nie miała kursu tańca i ja ją potem musiałem uczyć do ślubu zwykłego walca.
Dostaliśmy też od zajączka odtwarzacz VHS. Mama był na jakiejś miesięcznej pracy w Niemczech. Wróciła w Wielki Piątek i tak jej suszyliśmy głowę, że w sobotę pojechaliśmy do Opola do Pewexu, na ulicy wówczas Armii Ludowej, i tam kupiliśmy telewizor i odtwarzacz marki Sanyo. To też był taki znaczący prezent – nie tylko dla mnie, ale dla całego domu.

A które Święta Wielkanocne najbardziej utkwiły Panu w pamięci?

To był 1988 rok. Miałem już wtedy bilet do wojska. Jeszcze byłem kawalerem, ale już z terminem ślubu. Jednocześnie dostaliśmy wówczas pozwolenie na wyjazd do Niemiec w ramach łączenia rodzin. Ojciec uciekł rok wcześniej. Tam było także zaproszenie dla mnie i dla mojej przyszłej żony. W czasie tych świąt podjęliśmy decyzję, że nie wyjedziemy, choć to uchroniłoby mnie przed wojskiem. Pracowałem w Urzędzie Kontroli Skarbowej. Razem z żoną doszliśmy do wniosku, że nam się tutaj jednak podoba i że zostajemy. Zostaliśmy między innymi po to, by zostawić reszcie rodziny taki przyczółek: gdyby ktoś chciał przyjechać. Podejrzewam, że gdyby rodzice wiedzieli, jakie będą zmiany i w jak krótkim czasie do nich dojdzie, to pewnie by nie wyjechali. Mama, babcia i siostra pojechały. I smutne to były święta. Za dużo było miejsca w domu… Siedzieliśmy i oglądaliśmy zdjęcia, jak to kiedyś było fajnie, gdy budowaliśmy dom. Napracowali się i jak już wybudowali, to wyjechali. Ale dzisiaj mają do kogo przyjeżdżać. Nie muszą się włóczyć po hotelach.

Czego by Pan życzył mieszkańcom powiatu? Wielkanoc to święta nadziei, Zmartwychwstania.

Tego, czego sam bym sobie życzył, więc przede wszystkim zdrowia. Życzyłbym więcej życzliwości – bo czasami puszczają nam nerwy i nawet w najbliższym otoczeniu trudno się nam na nią zdobyć. Łatwiejszego dostrzegania tego zielonego światełka, które zawsze jest, ale często brak nam cierpliwości, by je znaleźć. Brania inicjatywy w swoje ręce – to takie bardzo aktualne w tym roku wyborczym. Drzemią w nas ogromne pokłady mocy. Nauczmy się z nich korzystać. Budźmy się ze snu, bo nawet nam się nie śni, ile jesteśmy w stanie zdziałać dobrego. Myślmy o naszej przyszłości, o przyszłości naszych najbliższych, poprzez startowanie w wyborach. Potrzebni są ludzie nowi – w samorządach, w polityce. Zmiany na lepsze wszystkim życzę.Fot. melonik

Udostępnij:

O Autorze

Redaktor, dziennikarz, fotoreporter.

Wyłączono komentarze