80 lat temu Stanisław Mikołajczyk przyjechał do Opola, by walczyć o wolną Polskę. Przemawiał z dachu budynku dzisiejszej Filharmonii. Choć komunistyczna bezpieka robiła wszystko, by go uciszyć, tysiące mieszkańców pokazały, że ducha wolności nie da się tak łatwo zamknąć w czterech ścianach.

Historia lubi zataczać koła, ale czasem warto zatrzymać się przy konkretnym punkcie na mapie, by zrozumieć, dlaczego jesteśmy tu, gdzie jesteśmy. Takim punktem w historii Opola jest budynek dzisiejszej Filharmonii. 8 kwietnia 1946 roku nie grano tu koncertów symfonicznych, lecz toczyła się brutalna politycznych walka o przyszłość kraju. Stanisław Mikołajczyk, ówczesny lider ludowców i jedyna realna twarz opozycji wobec narastającego komunizmu, przyjechał do miasta, które wciąż lizało rany po wojnie. Wizyta ta nie była spokojnym spacerem . Pod ratuszem czekały już bojówki PPR z transparentami o „warcholstwie londyńczyków”, a samochód premiera utknął w gąszczu wyzwisk. Dopiero w Teatrze Miejskim (dzisiejsza Filharmonia) atmosfera się zmieniła. Kwiaty, orkiestra kolejarzy i „Warszawianka” stworzyły namiastkę normalności, która szybko została przerwana przez prowokatorów z UB, wyposażonych w sfałszowane karty wstępu.

Kiedy na sali zapanował tumult nie do opanowania, Mikołajczyk wykazał się instynktem, którego brakuje wielu współczesnym politykom. Zamiast przekrzykiwać się z podstawionymi krzykaczami, wyszedł… na dach. To właśnie stamtąd, ponad głowami agentów bezpieki, przemówił do 10 tysięcy ludzi zgromadzonych na zewnątrz.

– To wydarzenie zgromadziło dziesiątki tysięcy Opolan, przeciwników reżimu komunistycznego, Ślązaków, autochtonów, przesiedleńców z Wołynia. Tak wtedy dzisiaj wyglądało Opole, województwo opolskie. Niewiele brakowało, byśmy nie żyli przez te kilkadziesiąt lat w systemie totalitarnym – podkreślał Marcin Oszańca, lider Polskiego Stronnictwa Ludowego w województwie opolskim.

Słowa Oszańcy trafnie punktują to, co w tej historii najważniejsze: Opole 1946 roku było tyglem, w którym spotkali się ludzie z różnych światów, ale z jedną, wspólną nadzieją na demokrację. Mikołajczyk był dla nich symbolem szansy, która chwilę później została brutalnie odebrana w sfałszowanym referendum i wyborach.

Dzisiejsza dyskusja panelowa w Filharmonii Opolskiej to coś więcej niż tylko rocznicowa akademia. To przypomnienie o cenie, jaką płaciło się za poglądy. Przykład Tadeusza Szewczyka, nauczyciela, który lata później trafił do więzienia m.in. za udział w tym właśnie wiecu, pokazuje, że komunistyczna władza miała bardzo dobrą pamięć do swoich oponentów.

Pamięć o Mikołajczyku w Opolu to nie tylko opowieść o polityku na dachu. To opowieść o mieście, które potrafiło się zjednoczyć przeciwko narzuconej siłą ideologii. Jak zauważył Marcin Oszańca, ta wizyta była momentem, w którym historia mogła skręcić w zupełnie inną stronę. Choć ostatecznie pociąg do wolności został wykolejony na kilka dekad, echo „Roty” śpiewanej pod teatrem w kwietniowe popołudnie 1946 roku wciąż powinno brzmieć w uszach współczesnych Opolan jako przestroga i powód do dumy.

Fot. UMWO

Udostępnij:
Wspieraj wolne media

Skomentuj

O Autorze

Dziennikarz, publicysta, dokumentalista (radio, tv, prasa) znany z niekonwencjonalnych nakryć głowy i czerwonych butów. Interesuje się głównie historią, ale w związku z aktualną sytuacją społeczno-polityczną jest to głównie historia wycinanych drzew i betonowanych placów miejskich. Ma już 65 lat, ale jego ojciec dożył 102. Uważa więc, że niejedno jeszcze przed nim.