Polska polityka znowu coś z siebie strząsa i przechodzi właśnie gwałtowną kurację odwykową od wysokiego stężenia absurdu.. Tym razem nie jest to kolejna konferencja ani nowy pomysł na reformę wszystkiego naraz, tylko ludzie, którzy przez lata stanowili jej bardziej osobliwą część. Łukasz Mejza znika z pierwszego planu, Janóż Kowalski składa rezygnację i postanawia nas osierocić, naród wstrzymuje oddech – czy to koniec epoki, w której tupet skutecznie zastępował kręgosłup?

Dwaj tytani intelektu, których obecność w polityce była dla wielu dowodem na to, że Pan Bóg ma specyficzne poczucie humoru, postanowili (lub zostali do tego zmuszeni) zmienić otoczenie.
I nagle robi się dziwnie spokojniej.

Obaj zapisali się w pamięci opinii publicznej, choć raczej nie tak, jak życzyliby sobie autorzy podręczników do WOS-u. W przypadku Mejzy trudno zapomnieć historię terapii, które miały dawać nadzieję tam, gdzie medycyna rozkłada ręce. Próbował nam wmówić, że leczenie nieuleczalnych chorób za pomocą magicznych wycieczek to misja humanitarna, w końcu dotarł do ściany. Jego odejście to wielka strata dla polskiej medycyny alternatywnej i jeszcze większa dla producentów maści na ból… sumienia. Mejza odchodzi w swoim stylu = nie jako pokonany, ale jako niezrozumiany wizjoner, którego jedynym błędem było to, że urodził się o kilka skandali za wcześnie. Brzmiało to wszystko jak coś między desperacją a marketingiem, i chyba właśnie ta granica okazała się nie do utrzymania.

Kowalski to z kolei zupełnie inna energia. Bardziej mikrofon niż stetoskop. Więcej decybeli niż argumentów, za to konsekwencja godna podziwu – jeśli ktoś szukał wroga, on zwykle już go miał. Czasem nawet kilku naraz. Janóż, znany z tego, że potrafił dostrzec niemieckiego agenta Tuska nawet w porannej owsiance, złożył rezygnację. Można by pomyśleć, że zabrakło mu już flag do wywieszania albo Donalda do atakowania, ale prawda jest pewnie bardziej prozaiczna – po prostu wydzieranie się na wiatraki solo staje się męczące. Kowalski przez lata udowadniał, że decybele są ważniejsze od argumentów, a teraz, gdy odchodzi, w Sejmie zrobi się tak cicho, że być może usłyszymy w końcu jakieś merytoryczne dyskusje. Oby nie, bo moglibyśmy doznać szoku poznawczego. Problem w tym, że taka polityka działa tylko do pewnego momentu. Potem zaczyna męczyć – i widzów, i chyba samego aktora.

Czy ich odejście coś zmienia? Czy polska polityka przetrwa ten ubytek jakości? Na krótką metę – trochę tak. Będzie ciszej, może odrobinę mniej nerwowo. Ale nie ma co się łudzić, że to jakaś wielka cezura. Polska polityka ma tę właściwość, że bardzo szybko produkuje nowe postaci, które zapełniają każdą lukę. Możliwe więc, że za chwilę znów będziemy mieli kogoś, kto krzyczy głośniej, obiecuje więcej i tłumaczy mniej. A wtedy dzisiejsza „zmiana” okaże się tylko przerwą między kolejnymi odcinkami tego samego serialu. Choć trzeba przyznać – poprzeczka żenady została zawieszona przez tę dwójkę wyjątkowo wysoko.

Tylko kto teraz będzie bronił naszej suwerenności przed darmową energią i zdrowym rozsądkiem? Czy my naprawdę chcemy, żeby zawsze ktoś gasił światło – czy może wreszcie ktoś spróbuje je po prostu zapalić?

Udostępnij:
Wspieraj wolne media

Skomentuj

O Autorze

Dziennikarz, publicysta, dokumentalista (radio, tv, prasa) znany z niekonwencjonalnych nakryć głowy i czerwonych butów. Interesuje się głównie historią, ale w związku z aktualną sytuacją społeczno-polityczną jest to głównie historia wycinanych drzew i betonowanych placów miejskich. Ma już 65 lat, ale jego ojciec dożył 102. Uważa więc, że niejedno jeszcze przed nim.