Co roku spieramy się o sens Powstania Warszawskiego. Może zamiast szukać w nim recept na współczesność, warto potraktować je jako ostrzeżenie przed ceną, jaką naród płaci za decyzje rządzących. Opole, podobnie jak cała Polska, zatrzymało się 1 sierpnia o godzinie 17. Zawyły syreny, złożono kwiaty, padły słowa o bohaterstwie Powstańców Warszawskich. Tak było w setkach miejscowości. Tak będzie również za rok.

Równie przewidywalne są jednak dyskusje, które wracają wraz z rocznicą. Czy Powstanie miało sens? Czy było konieczne? Czy było militarną katastrofą, czy moralnym zwycięstwem? Zwolennicy i przeciwnicy od lat używają niemal tych samych argumentów. W mediach można znaleźć ich pod dostatkiem.

Dlatego zamiast dorzucać kolejny głos do tego sporu, chciałbym zwrócić uwagę na coś, co umknęło w natłoku rocznicowych komentarzy. Na wpis Mariana Waldemara Kuczyńskiego – człowieka, który historię zna nie tylko z książek, ale był również świadkiem wydarzeń, podczas których pamięć o Powstaniu realnie wpływała na decyzje podejmowane przez ludzi „Solidarności”.

„Widzę jedną naukę, jaka z niego się wzięła i dała o sobie znać, co obserwowałem na własne oczy. Jest nią przestroga: »nigdy więcej w taki sposób!«.

(…) Podczas 16 miesięcy »Solidarności« pamięć o 200 tysiącach ofiar i ruinach Warszawy działała powściągająco. Wielokrotnie ostrzegawcze widmo Powstania stawało nam przed oczami, a Jan Józef Lipski – powstaniec z »Baszty« – przestrzegał, by nie powtórzyć czegoś podobnego.

To dobroczynna nauka, jakby rada z zaświatów tych, którzy wtedy zginęli.

Wyjątkowo niemądre było stwierdzenie, że Powstanie powinno być dla nas drogowskazem. Właśnie nie powinno być. I na tym polega jego wkład w narodowy dorobek – wniesiony bezprzykładnym bohaterstwem Powstańców i bezprzykładnym cierpieniem ludności cywilnej.”

Marian Waldemar Kuczyński

To jeden z niewielu głosów, który nie próbuje ani odbrązowić Powstania, ani zamieniać go w pomnik z brązu. Nie odbiera bohaterstwa żołnierzom Armii Krajowej. Nie umniejsza cierpienia cywilów. Nie rozlicza dowódców. Zwraca uwagę na coś znacznie bardziej uniwersalnego.

Historia nie zawsze daje wzorce do naśladowania. Czasem daje przestrogę.

Od kilku lat obserwuję, że coraz częściej chcemy z Powstania Warszawskiego uczynić polityczny drogowskaz dla współczesności. Jedni widzą w nim wezwanie do bezkompromisowej walki. Inni dowód na konieczność realizmu. Jeszcze inni wykorzystują je do bieżących sporów, które z 1944 rokiem nie mają nic wspólnego.

A może właśnie w tym tkwi problem.

Może nie każde wydarzenie historyczne zostało po to, by wskazywać drogę. Niektóre istnieją po to, by przypominać, dokąd prowadzą złudzenia, błędne kalkulacje i decyzje podejmowane ponad możliwości państwa.

To wcale nie odbiera Powstańcom wielkości. Przeciwnie. Ich odwaga pozostaje bezdyskusyjna. Tak samo jak ogrom cierpienia mieszkańców Warszawy.

Być może największym hołdem dla tamtego pokolenia nie jest szukanie kolejnych analogii do współczesności, lecz zrobienie wszystkiego, by podobnej ceny Polska nigdy więcej nie musiała płacić.

I chyba właśnie dlatego, spośród dziesiątek rocznicowych przemówień, zapamiętam przede wszystkim słowa Mariana Waldemara Kuczyńskiego.

Fot. CMZJMZ

Udostępnij:
Wspieraj wolne media

Skomentuj

O Autorze

Dziennikarz, publicysta, dokumentalista (radio, tv, prasa) znany z niekonwencjonalnych nakryć głowy i czerwonych butów. Interesuje się głównie historią, ale w związku z aktualną sytuacją społeczno-polityczną jest to głównie historia wycinanych drzew i betonowanych placów miejskich. Ma już 65 lat, ale jego ojciec dożył 102. Uważa więc, że niejedno jeszcze przed nim.