Jeżeli ktoś chciał zobaczyć w jednym miejscu, jak bardzo zmieniła się Opolszczyzna, w sobotę wystarczyło pojechać do Muzeum Wsi Opolskiej w Bierkowicach. Byli Ślązacy, Ukraińcy, smaki kilku kontynentów, Danzel z Belgii, a nawet „Indianie”. Tyle że ci ostatni nie przyjechali zza oceanu – są niemal sąsiadami.

Piąta edycja Międzynarodowego Integracyjnego Pikniku Rodzinnego „Opolskie Gościnne” miała przede wszystkim pokazać, że wielokulturowość nie musi być słowem z urzędowego dokumentu. Może pachnieć jedzeniem, brzmieć muzyką, tańczyć, bawić dzieci i po prostu pozwalać ludziom się spotkać.

A ludzi w sobotę w skansenie nie brakowało. Pomogła pogoda, ale chyba jeszcze bardziej formuła imprezy. Można było przyjść z dziećmi, coś zjeść, czegoś się dowiedzieć, posłuchać muzyki albo zwyczajnie posiedzieć na trawie.

Już początek mógł jednak wywołać pewne zdziwienie. Wśród chałup opolskiej wsi pojawiły się pióropusze, bębny i stroje kojarzone raczej z Wielkimi Równinami niż z Bierkowicami.

I tu należy się wyjaśnienie: nie była to delegacja rdzennych Amerykanów, która nagle osiedliła się w Opolu.

Na scenie wystąpili Makasapa Singers, grupa taneczno-muzyczna związana z Wioską Indiańską Hocioka w Kolonowskiem. To indianiści – polscy pasjonaci kultur rdzennych mieszkańców Ameryki Północnej. Sama Hocioka działa od 2010 roku, a jej twórcą jest Joachim Płachetka, znany jako Czarny Orzeł. W jednym ze starszych materiałów sam bardzo precyzyjnie prostował określenie „Indianie”: „Indianiści, nie Indianie”.

Płachetka przez lata zgromadził pokaźną kolekcję replik indiańskiego rękodzieła, strojów i przedmiotów codziennego użytku. Hocioka najpierw działała w Dąbrówce pod Opolem, później przeniosła się nad Małą Panew, a dziś mieści się w Kolonowskiem przy ul. Kajakowej. Sama wioska podaje, że została założona w 2010 roku.

I właśnie stamtąd „Indianie” przyjechali w sobotę do Bierkowic. Makasapa Singers otworzyli program sceniczny pokazem bębnów, tańców i śpiewów inspirowanych kulturą rdzennych mieszkańców Ameryki Północnej.

Potem geografia imprezy zrobiła się jeszcze szersza. Był śląski folklor, ukraiński zespół Zbrucz z Tarnopola, taniec brzucha, młodzieżowe granie, tańce świata, a o godz. 16.00 na scenę wyszedł Danzel, którego „Pump It Up” pamiętają zapewne nawet ci, którzy zarzekają się, że muzyki tanecznej nigdy nie słuchali.

Ale „Opolskie Gościnne” nie było wyłącznie festynem.

Wśród kolorowych stoisk można było trafić na miejsce znacznie mniej efektowne, za to związane z bardzo realną wojną. Wolontariuszki grupy „Pajęczyce z Opola” pokazywały, jak powstają siatki maskujące wysyłane ukraińskim żołnierzom.

– To jest tak zwane najtańsze ratowanie życia. Mamy nitki jutowe, które oddaje nam palarnia kawy z Opola, kupujemy także zieloną agrowłókninę w kolorach przyrody. Naprawdę wychodzi z tego bardzo niedroga siatka maskująca. Ona chroni życie i infrastrukturę żołnierzy walczących na froncie – mówiła Ola Czarnecka, wolontariuszka „Pajęczyc z Opola”.

I chyba właśnie pomiędzy indiańskim bębnem, ukraińską muzyką, śląskim folklorem, dziecięcymi warsztatami i wyplataniem siatek najlepiej było widać sens tej imprezy.

Bo wielokulturowość na Opolszczyźnie przestała być ciekawostką. Według danych przedstawionych przed piknikiem w regionie przebywa około 28 tysięcy osób spoza Unii Europejskiej, z czego ponad 21 tysięcy stanowią obywatele Ukrainy. Liczne są również społeczności kolumbijska i białoruska. Z pomocy działającego od 2022 roku Centrum Integracji Cudzoziemców skorzystało już ponad 3,6 tys. osób.

Można więc organizować konferencje o integracji, pisać strategie i drukować broszury. Można też zrobić to prościej: zaprosić ludzi do jednego miejsca, dać dzieciom coś do roboty, dorosłym okazję do rozmowy, postawić obok siebie różne kuchnie i różną muzykę.

W sobotę w Bierkowicach wybrano tę drugą metodę.

Fot. CMZJMZ

Udostępnij:
Wspieraj wolne media

Skomentuj

O Autorze

Dziennikarz, publicysta, dokumentalista (radio, tv, prasa) znany z niekonwencjonalnych nakryć głowy i czerwonych butów. Interesuje się głównie historią, ale w związku z aktualną sytuacją społeczno-polityczną jest to głównie historia wycinanych drzew i betonowanych placów miejskich. Ma już 65 lat, ale jego ojciec dożył 102. Uważa więc, że niejedno jeszcze przed nim.