Krupniok śląski jest chroniony przez Unię Europejską, należy do kulinarnego dziedzictwa regionu i mógłby przyciągać turystów. Tyle teorii. W praktyce na Opolszczyźnie certyfikat uprawniający do używania tej nazwy ma obecnie tylko jeden producent. W Opolskim Urzędzie Wojewódzkim spotkali się więc producenci, handlowcy i urzędnicy, aby zastanowić się, jak uratować krupnioka przed pozostaniem regionalną specjalnością głównie na papierze.

Krupniok śląski ma wszystko, co potrzebne do rynkowego sukcesu: tradycję, rozpoznawalną nazwę, wyrazisty smak i unijne Chronione Oznaczenie Geograficzne. Nie ma tylko jednego – wystarczającej liczby producentów.

Na całym obszarze objętym ochroną certyfikowany krupniok wytwarzają zaledwie trzy firmy. Na Opolszczyźnie robi to tylko jeden zakład. Dlatego w Opolskim Urzędzie Wojewódzkim zorganizowano szkolenie pod hasłem „Krupnioki śląskie – szansa”. Z producentami, przetwórcami i przedstawicielami handlu spotkali się między innymi wicewojewoda opolski Piotr Pośpiech oraz przedstawicielki Inspekcji Jakości Handlowej Artykułów Rolno-Spożywczych.

Rozmawiano o wymaganiach weterynaryjnych, znakowaniu mięsa, unijnej ochronie produktów regionalnych i procedurze uzyskania certyfikatu. Urzędowe przepisy są ważne, ale sedno problemu jest znacznie prostsze: co z tego, że mamy produkt chroniony, skoro klient często nie może go znaleźć ani w sklepie, ani w restauracji?

– Zależy nam na tym, żeby ten produkt był rozpoznawalny i żeby było go dużo. Chcemy, aby ludzie przyjeżdżali na Opolszczyznę i Śląsk również po to, żeby spróbować krupnioka – mówiła Beata Bakalarska, zastępca Głównego Inspektora IJHARS.

Ambicja jest słuszna. Regionalna kuchnia może być częścią turystycznej oferty, ale pod warunkiem, że nie kończy się na folderze promocyjnym. Turysta nie zje unijnego certyfikatu. Musi mieć restaurację, w której krupnioka zamówi, i sklep, w którym będzie mógł go kupić.

Wicewojewoda Piotr Pośpiech zachęcał obecnych na spotkaniu przedsiębiorców, aby przynajmniej część swojej produkcji prowadzili zgodnie z wymaganiami dla chronionego krupnioka śląskiego.

– Chodzi o to, żeby wśród pełnych półek kaszanki przebił się tradycyjny krupniok śląski. Rozmawiałem z producentami i zachęcałem ich, żeby może nie całość, ale chociaż część produkcji przeznaczyli właśnie na krupnioka – mówił Piotr Pośpiech, wicewojewoda opolski.

To ważne rozróżnienie, bo nie każda kaszanka jest krupniokiem śląskim. Chronionej nazwy może używać wyłącznie producent działający na określonym obszarze i przestrzegający zatwierdzonej receptury oraz zasad wytwarzania. Certyfikat ma potwierdzać pochodzenie, skład i jakość produktu.

Dlatego uczestnicy spotkania stanowczo przypominali: krupnioka nie należy wrzucać do jednego worka z każdą kaszanką. Różnica nie sprowadza się do nazwy zapisanej na etykiecie.

– Nie doceniamy potencjału, który mamy na naszym terenie. Krupniok śląski jest częścią naszej tradycji i zasługuje nie tylko na to, żeby przetrwać, ale również żeby dalej się rozwijać – podkreślała Dorota Szyra, Opolski Wojewódzki Inspektor Jakości Handlowej Artykułów Rolno-Spożywczych.

Jedynym certyfikowanym producentem krupnioka śląskiego na Opolszczyźnie jest dziś firma Marcina Mroczka. Jak przypominał przedsiębiorca, zdobycie certyfikatu nie było przypadkiem, lecz wynikiem świadomej decyzji poprzedniego pokolenia.

– Wszystko wyszło z inicjatywy mojego taty. To on podjął starania, aby uzyskać certyfikat. Skoro inne kraje mają swoje chronione produkty, dlaczego my nie możemy mieć własnych? –- mówił Marcin Mroczek.

I właśnie tutaj zaczyna się prawdziwa „szansa” z tytułu szkolenia. Certyfikat nie powinien być przeszkodą, lecz narzędziem: ma odróżniać autentyczny produkt od jego dowolnych odpowiedników, budować markę regionu i pozwalać producentom sprzedawać coś więcej niż kolejną wędlinę. Potrzeba jednak przedsiębiorców gotowych przejść procedurę, dostosować produkcję do specyfikacji i poddać się kontroli. Bez nich krupniok śląski pozostanie kulinarnym skarbem, o którym wszyscy chętnie mówią, lecz który wciąż zbyt trudno kupić. Jedno spotkanie tego nie zmieni. Może jednak sprawić, że kilku producentów przestanie patrzeć na certyfikat jak na kolejną porcję dokumentów, a zobaczy w nim szansę na własną markę. Bo tradycja sama się nie obroni. Musi się jeszcze opłacać tym, którzy ją rzeczywiście produkują.

Fot. Kapitan, CMZJMZ

Udostępnij:
Wspieraj wolne media

Skomentuj

O Autorze

Dziennikarz, publicysta, dokumentalista (radio, tv, prasa) znany z niekonwencjonalnych nakryć głowy i czerwonych butów. Interesuje się głównie historią, ale w związku z aktualną sytuacją społeczno-polityczną jest to głównie historia wycinanych drzew i betonowanych placów miejskich. Ma już 65 lat, ale jego ojciec dożył 102. Uważa więc, że niejedno jeszcze przed nim.