W Polsce mamy wiele ważnych funkcji publicznych. Jest prezydent, premier, ministrowie, marszałkowie, radni, posłowie i senatorowie. Każdy z nich ma swoją wagę, swoje kompetencje i – rzecz jasna – swoje konferencje prasowe. Ale jest jeszcze jedna funkcja, która działa w zupełnie innej skali państwowości. Skali bardzo konkretnej. Skali dziury w drodze, lampy na skrzyżowaniu i psa, który od trzech dni szczeka przy remizie. To jest właśnie sołtys.

Dzień Sołtysa to zatem święto ludzi, którzy w polskim systemie administracyjnym są czymś pomiędzy burmistrzem, psychologiem społecznym, mediatorem, pogotowiem technicznym i – w razie potrzeby – kronikarzem lokalnych sporów o płot.

Bo bycie sołtysem to nie jest urząd.
To jest styl życia.

Sołtys w Polsce wie wszystko.
Wie, kto sprzedał pole.
Wie, kto się pokłócił z sąsiadem o trzy metry ogrodzenia.
Wie, czy nowa droga będzie asfaltowa czy tylko „na razie tłuczniowa”.

A jeśli czegoś nie wie – to i tak zaraz się dowie.

Telefon do sołtysa dzwoni o każdej porze dnia i nocy. Zawsze w sprawach pilnych. Zwykle takich, których nie rozwiąże ani sejmowa komisja, ani rozporządzenie ministra.

Na przykład:

– Panie sołtysie, ta lampa przy krzyżu nie świeci.
– Panie sołtysie, autobus znów skręcił za wcześnie.
– Panie sołtysie, a czy to prawda, że gmina chce nam zabrać przystanek?

I sołtys musi wiedzieć.
Albo przynajmniej wyglądać na takiego, który zaraz się dowie.

W przeciwieństwie do polityki wielkiego formatu, gdzie wiele rzeczy można obiecać na konferencji prasowej i potem przez rok o tym dyskutować, w sołectwie obowiązuje zasada znacznie bardziej bezpośrednia.

Jeśli droga jest dziurawa – to ona jest dziurawa naprawdę.
I nie pomoże tu żaden raport.

Sołtys musi więc posiadać szczególną cechę charakteru: cierpliwość. A najlepiej także poczucie humoru, bo bez niego trudno przetrwać zebranie wiejskie, na którym nagle okazuje się, że każdy ma rację, tylko racje są ze sobą sprzeczne.

Ale jest też druga strona tej funkcji.

Sołtys jest pierwszym adresatem lokalnej nadziei. To do niego ludzie przychodzą z pomysłami: na festyn, na nową świetlicę, na plac zabaw, na odnowienie kapliczki przy drodze.

To on zbiera podpisy, dzwoni do urzędu, przypomina, przekonuje, czasem upiera się tak długo, aż coś się wreszcie uda.

Dlatego w polskiej administracji istnieje pewien paradoks.

Najbliżej obywatela jest nie minister.
Nie poseł.
Nawet nie wójt.

Najbliżej jest sołtys.

Ten, którego spotyka się w sklepie, na drodze, przy kościele, na festynie i na zebraniu wiejskim, gdzie trzeba jednocześnie rozwiązać trzy problemy i wysłuchać czterech historii z przeszłości.

Zapomnijcie o berle i koronie. Prawdziwy sołtys ma dwa kluczowe narzędzia: teczkę, w której mieści się cała biurokracja świata, oraz cierpliwość, której pozazdrościłby mu tybetański mnich. Sołtys to jedyna osoba, która potrafi wysłuchać dwudziestominutowej skargi na pogodę, płynnie przejść do tematu naprawy przepustu i zakończyć rozmowę obietnicą, że „się zobaczy, co da się zrobić”.

Ktoś mógłby zapytać: po co to komu? Dieta skromna, odpowiedzialność wielka, a wdzięczność… cóż, bywa różna. Ale bycie sołtysem to coś więcej niż funkcja. To ta satysfakcja, gdy nowa latarnia w końcu błyśnie w nocy, gdy festyn się uda i nikt się nie pokłóci przy remizie, albo gdy po prostu widać, że wieś pięknieje.

Złota myśl sołtysa: „Nie ma takich pieniędzy, za które warto to robić, i nie ma takich trudności, przez które warto by przestać”.

Dlatego w Dniu Sołtysa warto powiedzieć jedno: dziękujemy.

Za cierpliwość.
Za upór.
Za telefon odbierany czasem w najmniej spodziewanym momencie.

Bo państwo zaczyna się od wielkich instytucji.
Ale naprawdę działa dopiero wtedy, kiedy ktoś na końcu tej administracyjnej drabiny powie:

„Dobrze, zobaczymy co da się zrobić”.

I bardzo często jest to właśnie sołtys.

Udostępnij:
Wspieraj wolne media

Skomentuj

O Autorze

Dziennikarz, publicysta, dokumentalista (radio, tv, prasa) znany z niekonwencjonalnych nakryć głowy i czerwonych butów. Interesuje się głównie historią, ale w związku z aktualną sytuacją społeczno-polityczną jest to głównie historia wycinanych drzew i betonowanych placów miejskich. Ma już 65 lat, ale jego ojciec dożył 102. Uważa więc, że niejedno jeszcze przed nim.