Kiedy inni uciekają z płonących budynków lub zamierają w bezruchu przed niebezpieczeństwem, oni idą pod prąd. Sześcioro funkcjonariuszy z Opolszczyzny odebrało Medale im. podkomisarza Andrzeja Struja – odznaczenia przyznawane tym, którzy w krytycznym momencie nie pytali „czy warto”, tylko ruszyli na ratunek, ryzykując własnym życiem.

W świecie zdominowanym przez suche komunikaty i policyjne statystyki, łatwo zapomnieć, że pod granatowym mundurem kryje się człowiek. Człowiek, który ma rodzinę, plany na wieczór i instynkt przetrwania, który każe unikać ognia czy lodowatej wody. Jednak historie Izabeli, Karola, Konrada, Darii, Sebastiana i Mariusza pokazują, że istnieje coś silniejszego niż strach: przysięga, która w ich wydaniu stała się żywym czynem.

Podkomisarz Andrzej Struj, patron odznaczenia, zginął w 2010 roku, interweniując  w czasie wolnym od służby. Dziś medal jego imienia noszą ci, którzy – podobnie jak on – nie potrafili odwrócić wzroku.

W sali Ministerstwa Spraw Wewnętrznych i Administracji, w obecności szefa resortu Marcina Kierwińskiego oraz Komendanta Głównego Policji Marka Boronia, wręczono medale, które w policyjnym środowisku znaczą szczególnie dużo. Medal im. podkomisarza  Andrzeja Struja nie trafia do przypadkowych osób – to wyróżnienie dla tych, którzy w sytuacjach granicznych postawili cudze życie ponad własnym bezpieczeństwem.

Lodowata toń i pijany szaleniec

Nie ma chyba bardziej dramatycznego wyobrażenia walki o życie niż ta, która rozegrała się późnym wieczorem 26 grudnia 2025 roku w Brzegu. Zimowy pejzaż zbiornika wodnego przy ulicy Włościańskiej okazał się śmiertelną pułapką. Dyżurny otrzymał zgłoszenie o 21-latku, który ześlizgnął się z oblodzonego pomostu i wpadł do lodowatej wody. Na miejsce natychmiast ruszyli sierżant Izabela Borgieł i sierżant Karol Łodziński. To, co zrobili później, przeszło najśmielsze wyobrażenia o policyjnej służbie.

Kiedy zobaczyli, że młody mężczyzna znika pod taflą lodu, nie czekali na specjalistyczne jednostki. Sierżant Borgieł, nie zważając na śmiertelne niebezpieczeństwo, weszła na trzeszczący lód, a chwilę później zanurzyła się w lodowatej wodzie. Każdy jej ruch przybliżał ją do ofiary, ale oddalał od bezpiecznego brzegu. W tym czasie sierżant Łodziński, tworząc z własnego ciała ludzki łańcuch, kurczowo trzymał koleżankę, nie pozwalając, by i ona została wciągnięta w otchłań. Policjanci nie tylko walczyli z żywiołem, ale także z upływającym czasem. Krzyczeli, nawoływali, próbowali przywrócić przytomność wychłodzonemu mężczyźnie. Gdy w końcu 21-latek ocknął się, kobieta chwyciła go za rękę. Wyczerpana, zesztywniała z zimna, ale nieugięta, zaczęła ciągnąć go w stronę brzegu. Dzięki tej niesamowitej determinacji i współpracy, wyziębiony mężczyzna został wyciągnięty z wody i oddany w ręce ratowników.

Zimowa toń to jedno. Kilka miesięcy wcześniej, 23 czerwca 2025 roku, na drogach Namysłowa rozegrała się scena rodem z filmu sensacyjnego, której głównym bohaterem był starszy sierżant Konrad Kurzawa. Podczas rutynowej kontroli przed rondem, zatrzymany do sprawdzenia kierowca najpierw zwolnił, by po chwili gwałtownie wcisnąć pedał gazu i uciekać. Policjant nie miał czasu do namysłu. Rzucił się w pogoń pieszo, a gdy dogonił pojazd, w ruchu otworzył drzwi i wskoczył do środka. Wewnątrz samochodu rozegrała się szalona walka. Pijany 43-latek próbował wypchnąć funkcjonariusza z jadącego auta. Na widok tej sytuacji na pomoc ruszył drugi z policjantów. Wspólnymi siłami, narażając się na potrącenie i ciężkie obrażenia, obezwładnili mężczyznę. Badanie alkomatem nie pozostawiło złudzeń – w organizmie kierowcy było blisko 1,5 promila. Gdyby nie błyskawiczna interwencja sierżanta Kurzawy, nietrzeźwy szaleniec mógłby stać się sprawcą niewyobrażalnej tragedii.

 W płomieniach i w otchłani rozpaczy

Odwaga przybiera różne oblicza. Dla starszej aspirant Darii Tomczak z Namysłowa, 19 sierpnia 2025 roku, oznaczała wejście tam, skąd inni uciekali. Jako pierwsza przybyła pod płonący hotel. Dym był tak gęsty, że ściskał gardło i zaciemniał widok, a ogień nieubłaganie rozprzestrzeniał się po budynku. Funkcjonariuszka nie czekała na straż pożarną. Wbiegła do środka. Przeszukując kolejne pomieszczenia na wyższych kondygnacjach, w zadymionym pokoju odnalazła przerażonego mężczyznę, który nie zdążył ewakuować się na czas. Z determinacją i spokojem wyprowadziła go na zewnątrz, w bezpieczne miejsce. Ale to nie wystarczyło. Daria Tomczak, upewniwszy się, że w budynku nie ma już nikogo, sama chwyciła za sprzęt gaśniczy i do czasu przyjazdu strażaków podjęła walkę z żywiołem, powstrzymując pożar przed całkowitym pochłonięciem budynku.

Jednak najbardziej wstrząsająca historia wydarzyła się 14 sierpnia w Wierzbicy Górnej, gdzie młodszy aspirant Sebastian Sidorów z Kluczborka stanął na granicy życia i śmierci. Na opuszczonym dworcu doszło do najgorszego – 19-letni chłopak w kryzysie emocjonalnym postanowił odebrać sobie życie. Gdy policjanci dotarli na miejsce, nastolatek wisiał już nad przepaścią. W momencie, gdy stracił równowagę i runął w dół, Sidorów nie zastanawiał się ani przez ułamek sekundy. Instynktownie rzucił się do przodu i złapał spadającego chłopaka. Upadek z wysokości, nawet przy asekuracji, okazał się druzgocący dla funkcjonariusza. Policjant przyjął na siebie cały ciężar uderzenia. Z rozciętą głową, urazem szyi i klatki piersiowej trafił do szpitala. Jego stan budził poważne obawy. Dzięki szybkiej reakcji i desperackiemu skokowi Sidorowa, 19-latek nie odniósł żadnych obrażeń fizycznych. Został otoczony opieką specjalistów, którzy pomogli mu wyjść z kryzysu. Sam policjant, po długich badaniach i udzielonej pomocy medycznej, opuścił placówkę – ze świadomością, że choć sam o mało nie zapłacił zdrowiem, uratował komuś życie.

 Poranny pożar i siła zwykłego odruchu

Ta historia udowadnia, że bohaterem nie staje się tylko na służbie. 18 maja 2025 roku, około 5:30 nad ranem, starszy aspirant Mariusz Antos z Nysy wychodził z domu do pracy. Jego wzrok przykuł widok, który zmroził krew w żyłach – z okna mieszkania na pierwszym piętrze wydobywały się kłęby gęstego dymu. Policjant doskonale wiedział, kto tam mieszka: samotny, 70-letni schorowany mężczyzna z demencją, ledwo poruszający się o własnych siłach. Nie czekając na nikogo, Antos wbiegł do środka. Mieszkanie wypełnione było gryzącym dymem. W jednym z pomieszczeń znalazł starszego pana, który stał kompletnie zdezorientowany, nie zdając sobie sprawy z ogromnego zagrożenia.

Gdy funkcjonariusz nakazał mu natychmiastowe opuszczenie lokalu, mężczyzna kategorycznie odmówił, nie rozumiejąc, co się dzieje. Mariusz Antos, wykazując się nie tylko odwagą, ale i niesamowitą cierpliwością, siłą wyprowadził roztrzęsionego seniora na zewnątrz. Na świeżym powietrzu udzielił mu pierwszej pomocy, sprawdzając, czy nie stracił przytomności. Mógł na tym poprzestać. Czekać na przyjazd straży. Ale starszy aspirant wiedział, że każda sekunda ma znaczenie. Zostawił bezpiecznego już mężczyznę pod opieką sąsiadów i ponownie wszedł do płonącego mieszkania. Na własną rękę, wykorzystując dostępne środki, ugasił zarzewie ognia, zapobiegając rozprzestrzenieniu się pożaru na cały budynek. Dzięki jego przytomności umysłu i dwukrotnemu wejściu w ogień, starszy mężczyzna nie tylko nie ucierpiał, ale zachował cały swój dobytek.


Sześć nazwisk, sześć historii, setki uderzeń serca na minutę. Opolscy policjanci udowodnili, że bohaterstwo nie polega na braku strachu, ale na działaniu mimo jego obecności. Medale, które odebrali w Warszawie z rąk ministra i Komendanta Głównego, to tylko kawałek metalu – prawdziwą nagrodą jest każde z uratowanych przez nich istnień.

Cena odwagi wyższa niż strach. Opolscy Policjanci z medalami za ratowanie życia

Fot. Polska Policja

Udostępnij:
Wspieraj wolne media

Skomentuj

O Autorze

Dziennikarz, publicysta, dokumentalista (radio, tv, prasa) znany z niekonwencjonalnych nakryć głowy i czerwonych butów. Interesuje się głównie historią, ale w związku z aktualną sytuacją społeczno-polityczną jest to głównie historia wycinanych drzew i betonowanych placów miejskich. Ma już 65 lat, ale jego ojciec dożył 102. Uważa więc, że niejedno jeszcze przed nim.