Sejm podjął decyzję, uznając język śląski za język regionalny. Po niemal dwóch dekadach politycznych przepychanek, odrzuconych projektów i jednym prezydenckim wecie, śląska mowa przestaje być traktowana jak „domowa ciekawostka”, a staje się pełnoprawnym elementem polskiego dziedzictwa. To zwycięstwo nie tylko lingwistyczne, ale przede wszystkim godnościowe.
Posłowie zdecydowali: język śląski zyska status języka regionalnego. Sejm uchwalił nowelizację ustawy o mniejszościach narodowych i etnicznych zakładającą nadanie mowie śląskiej statusu języka regionalnego, obok języka kaszubskiego. Nowe przepisy przewidują również zwiększenie reprezentacji śląskiej społeczności w organach konsultacyjnych państwa. Do Komisji Wspólnej Rządu i Mniejszości Narodowych i Etnicznych mają dołączyć dwaj przedstawiciele Ślązaków. Za uchwaleniem ustawy o języku śląskim było 244 posłów, przeciwko – 196, a dwóch wstrzymało się od głosu.
Przez lata o śląskiej mowie mówiło się w Warszawie trochę jak o starym kredensie po babci: jest ładny, ma swój urok, dobrze w nim trzymać wspomnienia, ale na nowoczesne salony raczej się nie nadaje. „To tylko dialekt”, „to gwara”, „to psuje polszczyznę” – słyszeliśmy z ust polityków i niektórych językoznawców. Tymczasem dla setek tysięcy ludzi „godka” nigdy nie była folklorem wyciąganym z szafy na Barbórkę. Była i jest żywym organizmem, w którym mieści się cały śląski mikrokosmos – od zapachu niedzielnego rosołu po trud górnośląskiej historii.
Maratony i kłody pod nogi
Droga do dzisiejszej decyzji Sejmu przypominała bieg przez płotki, w którym płotki te ustawiano wyjątkowo gęsto. Pierwsze próby z 2007 roku? Rozwiały się wraz ze skróconą kadencją. Kolejne lata? Projekty lądowały w zamrażarkach albo były odrzucane w pierwszym czytaniu. Nawet gdy w 2024 roku wydawało się, że cel jest na wyciągnięcie ręki, pojawiło się weto prezydenta Andrzeja Dudy, które dla wielu Ślązaków było jak zimny prysznic.
Argumenty przeciwko uznaniu śląskiego za język regionalny zawsze podszyte były lękiem. Lękiem przed „rozbijaniem jedności narodu” czy „separatyzmem”. To jednak fundamentalne nieporozumienie. Uznanie języka regionalnego nie jest odcinaniem się od całości, lecz wzbogacaniem wspólnego stołu. Kaszuby od lat korzystają z tego statusu i czy ktokolwiek czuje, że przez to Polska jest uboższa? Wręcz przeciwnie.
Co zmienia jeden podpis?
Dla postronnego obserwatora zmiana może wydać się kosmetyczna. Ot, dwujęzyczne tablice w niektórych gminach, kilku przedstawicieli w komisjach. Ale dla Ślązaka to zmiana cywilizacyjna:
-
Szkoła: Możliwość nauki śląskiego w szkołach to jedyna realna szansa, by ten język przetrwał w młodym pokoleniu. Bez systemowego wsparcia „godka” powoli zmieniałaby się w muzealny eksponat.
-
Dofinansowanie: Pieniądze na kulturę, wydawanie książek i teatry pozwolą śląskiej twórczości wyjść z cienia amatorskich teatrzyków.
-
Widoczność: Tablice z nazwami miejscowości to sygnał: „Jesteście u siebie, wasza tożsamość jest tu szanowana”.
Czas na finał
Teraz ustawa trafia do Senatu, a potem na biurko prezydenta Karola Nawrockiego. To moment próby dla nowej głowy państwa – czy zechce stać się prezydentem wszystkich obywateli, w tym tych, którzy „godajōm”, czy pójdzie drogą swojego poprzednika, stawiając ideologiczne uprzedzenia ponad kulturową różnorodność.
Język to nie tylko gramatyka i słownictwo. To sposób patrzenia na świat. Śląski język przetrwał czasy, gdy za jego używanie karano, przetrwał dekady lekceważenia i wyśmiewania. Przetrwa i dzisiejsze polityczne burze. Ale najwyższy czas, by państwo polskie przestało udawać, że go nie słyszy. Bo śląska „godka” brzmi dziś w Sejmie głośno, dumnie i – co najważniejsze – oficjalnie.



