Kiedy statystyczny Opolanin w Wielką Sobotę nerwowo sprawdza, czy chrzan ma odpowiednią moc rażenia, a w kolejce po bukszpan walczy o życie (lub przynajmniej o ostatnią ładną gałązkę), nad miastem zaczyna unosić się dźwięk, którego nie pomylicie z biciem dzwonów w Katedrze. To nie jest sygnał do ewakuacji. To znak, że na Rynku zaraz zacznie się Motojajeczko.

Tradycja jest świeża jak lakier na nowym Harleyu, ale wrosła w nasz region tak mocno, że gdyby motocykliści nagle przestali przyjeżdżać, opolskie kury pewnie wpadłyby w depresję z nadmiaru niewykorzystanego surowca.

Scenariusz jest zawsze podobny. Z jednej strony mamy powagę Rynku, ratusz i spacerowiczów z eleganckimi koszyczkami. Z drugiej – skórzane kurtki, zapach spalin i kaski, które tego dnia pełnią funkcję wielofunkcyjną: od ochrony głowy, przez schowek na rękawice, aż po… półmisek na czekoladowe jajka.

Sami motocykliści to specyficzna grupa. Podczas gdy reszta świata kłóci się o to, czy majonez Kielecki jest lepszy od Winiar, oni mają inne dylematy.

– Panie, jakie mycie  okien? – śmieje się pan Marek, przecierając szmatką chromy na swoim chopperze. – Żona mówi: „Marek, umyj szyby na święta”. No to umyłem. W kasku i owiewkę w motocyklu. Przecież widoczność na drodze to podstawa bezpieczeństwa, nie?

Z kolei pani Agnieszka, która na Rynek przyjechała prosto z domowego frontu robót przy babie i żurze, przyznaje bez bicia:

– Mąż mnie kiedyś „zmusił” do motocykla i to była najlepsza rzecz, jaką zrobił. Teraz w Wielką Sobotę mamy układ: on pilnuje, żeby żurek nie wykipiał, a ja sprawdzam, czy opolskie asfalty są już odpowiednio dogrzane na sezon. Braterstwo braterstwem, ale wolność czuć najlepiej w siodle, a nie przy ścierce do kurzu.

Fenomen Motojajeczka polega na tym, że nikt tu w tym roku nikogo oficjalnie nie zapraszał, a i tak zjechały się setki maszyn. Media społecznościowe robią swoje, a chęć ucieczki od przedświątecznej gorączki zakupowej (czyt. stania w kolejce po białą kiełbasę) robi resztę.

Widok jest doprawdy surrealistyczny. Wielki facet w skórach, który wygląda, jakby przed chwilą wrócił z planu „Sons of Anarchy”, z absolutną delikatnością wyciąga z kasku czekoladowe jajeczko i wręcza je zachwyconemu kilkulatkowi.

– Cieszę się, że dzieciaki mogą usiąść na maszynie –- mówi jeden z uczestników. – Tylko potem ciężko je odkleić od baku, bo każde chce zostać motocyklistą od zaraz. Rodzice patrzą z przerażeniem, a my mamy satysfakcję, że rośnie nam nowa ekipa.

Oczywiście, nie byłoby Motojajeczka bez tradycyjnego „jajka z chrzanem” serwowanego prosto z bagażnika motocykla. Niektórzy twierdzą, że chrzan smakuje lepiej, gdy w tle słychać ryk silnika, a w powietrzu czuć lekką nutę spalonej gumy – taki specyficzny, opolski aromat świąteczny.

Ktoś mógłby powiedzieć: „Co to za tradycja? Przecież to tylko motory!”. Ale wystarczy postać chwilę na Rynku, żeby zobaczyć, że chodzi o coś więcej. To ten moment w roku, kiedy można sobie nawzajem życzyć „tylu samo powrotów, co wyjazdów”, poklepać się po ramieniu i przez te dwie godziny poczuć, że zima oficjalnie odeszła w zapomnienie.

Więc jeśli w przyszłym roku w Wielką Sobotę usłyszycie basowe dudnienie pod oknem, nie dzwońcie na policję. To po prostu opolskie Motojajeczko ogłasza światu, że sezon otwarty, jajka podzielone, a życie – mimo przedświątecznego chaosu – jest całkiem piękne. Szczególnie z perspektywy dwóch kółek.

Fot. FB Andrzej Okarski, FB

Udostępnij:
Wspieraj wolne media

Skomentuj

O Autorze

Dziennikarz, publicysta, dokumentalista (radio, tv, prasa) znany z niekonwencjonalnych nakryć głowy i czerwonych butów. Interesuje się głównie historią, ale w związku z aktualną sytuacją społeczno-polityczną jest to głównie historia wycinanych drzew i betonowanych placów miejskich. Ma już 65 lat, ale jego ojciec dożył 102. Uważa więc, że niejedno jeszcze przed nim.