12 kwietnia po raz pierwszy obchodzimy Dzień Inwalidy Wojennego – święto, które przekuwa osobistą tragedię w narodową pamięć.
Historia Polski to nie tylko daty zwycięskich bitew i wielkie traktaty, ale przede wszystkim żywi ludzie. Często ci, o których zapominamy, gdy milkną salwy, a kurz bitewny opada. Ustanowienie 12 kwietnia Dniem Inwalidy Wojennego to symboliczny, choć spóźniony gest wdzięczności wobec tych, dla których wojna nigdy się nie skończyła, bo jej ślady noszą na własnym ciele do dziś.
Data ta nie jest przypadkowa. Nawiązuje do kwietnia 1919 roku, kiedy to w odradzającej się Polsce różne środowiska kombatanckie zjednoczyły się pod sztandarem Związku Inwalidów Wojennych RP. To fascynujące, że organizacja kierująca się dewizą „Bóg, Honor, Ojczyzna” przetrwała ponad wiek, będąc jednym z najstarszych tego typu stowarzyszeń na świecie.
W Opolu uroczystości pod ratuszową tablicą pamiątkową miały skromny, ale głęboki wymiar. W tej ciszy przy składaniu kwiatów wybrzmiało to, co najważniejsze: inwalidztwo wojenne to nie tylko kategoria medyczna czy prawna. To „tragiczny, ale pełen godności znak naszej historii”, jak trafnie ujął to poseł Adam Luboński podczas komisyjnych prac nad ustanowieniem tego święta.
Nowe święto ma być lekcją dla nas, współczesnych. Przypomina, że wolność ma swoją konkretną cenę, wyrażoną w zdrowiu i codziennym zmaganiu się z ograniczeniami. Od 4 marca 2026 roku, kiedy ustawa weszła w życie, mamy oficjalne narzędzie, by tę lekcję odrabiać co roku. Nie tylko po to, by składać wieńce, ale by budować wspólnotę opartą na szacunku dla tych, którzy dla Polski poświęcili to, co najcenniejsze.
Fot. UMWO




































