Żony opozycjonistów za czasów PRL to ciche bohaterki tamtych dni. Do dzisiaj niezauważane, choć w dużej mierze to dzięki nim ich mężowie mogli się poświęcić walce o wolną Polskę. Poprzednio pisaliśmy o Irenie Kirstein, żonie Romana Kirsteina. Teraz przedstawiamy opowieść  Maryli Szwed, żony Marka Szweda.

40. Rocznica stanu wojennego. Kiedy bliski przyjaciel mógł być donosicielem SB

fot. Jolanta Jasińska-Mrukot

– Pamiętam, jak z aresztu wieźli ich na proces na sygnale, jak niebezpiecznych bandytów – zaczyna opowiadać Maryla Szwed. – W kinie Kosmos, przy Katowickiej w Opolu, odbywały się te rozprawy. Milicjanci utworzyli szpaler, dla spotęgowania wrażenia niebezpieczeństwa, a naszych mężów wprowadzano od tyłu.

Na wszystkie rozprawy chodziły razem, m.in Maryla Szwed i Małgorzata Jałowiecka, żona Stanisława Jałowieckiego. Kiedy wprowadzano ich mężów, omiatali wzrokiem całą salę.

– Wypatrywali bliskiej osoby – tłumaczy Maryla Szwed. – Najgorsza była w tym wszystkim niepewność, bo nie wiedziałyśmy, co się będzie dalej działo. Czy nie wywiozą ich na białe niedźwiedzie. A żony podczas rozpraw reagowały różnie, bo każda z nas miała inną sytuację życiową. Staszek był inaczej oskarżany, liczył się z większym wyrokiem.

Pani Maryla mówi, że wtedy opolska kuria i biskup Antoni Adamiuk bardzo je wspierali.

– Biskup Adamiuk i ks. Alojzy Sitek chodzili niemal na wszystkie rozprawy – wspomina. – To była taka przeciwwaga dla tych SB. Podczas rozpraw szczególnie funkcjonariuszka SB potrafiła być złośliwa. Widywałam ją później na ulicy, zawsze dobrze ubrane. Niby taka wytworna, ale tak bezinteresownie zła. A rozprawy prowadził sędzia z sądu wojskowego, ale porządny człowiek – podkreśla. – To nie jest tak, że jak ktoś był po drugiej stronie, to zawsze zły człowiek.

Pani Maryla długo nie wiedziała, jedynie się domyślała, że jej mąż jest opozycjonistą. Dotarło wtedy, kiedy przyszedł do niej do pracy po klucz od mieszkania.

– W asyście dwóch esbeków, takich smutnych panów – wspomina. – Wiedziałam, że Marek ciągle internowanym pomagał, ale w to, że działał w opozycji, wtajemniczył tylko swojego kolegę. W domu dużo rozmawialiśmy, że źle się dzieje i dość tej bolszewii. Nie miałam wtedy pojęcia, że Marek był „drugim garniturem” w przedsiębiorstwie WPHW, na wypadek gdyby ten pierwszy garnitur władz zakładowego związku został aresztowany.

Po około trzech godzinach mąż w asyście esbeków wrócił z kluczem. Na odchodnym żonie powiedział, że nie wie, kiedy wróci. Przyjęła, że tak być musi.

Ostatni z grupy Jałowieckiego

Kiedy po pracy wróciła do domu, zobaczyła, że esbecy zrobili rewizję i czegoś szukali. – Nie wiem, czy to wtedy założyli nam podsłuch, który mieliśmy do 1987 roku – dodaje.

Już w wolnej Polsce dostali z IPN wszystko, co dotyczyło ich rodziny.

– To było okrutne, mogłam przeczytać, jak ktoś mnie oceniał i miał wgląd w moje intymne życie – denerwuje się. – Żałowałam, że w to zajrzałam.

Co tam było?  – Wszystko, wszystko! – wyrzuca.

Pod koniec kwietnia 1982 aresztowano osiemnaście osób z grupy Stanisława Jałowieckiego, a na początku maja esbecy przyszli po Marka Szweda.

– Był ostatnim zatrzymanym z grupy Staszka Jałowieckiego – dodaje pani Maryla. – Wtedy naprawdę panowało przekonanie, że  wywiozą ich na białe niedźwiedzie. Ludzie, którzy tego nie przeżyli, nie mają zielonego pojęcia, co to było.

Liczne oddziały wojsk radzieckich stacjonowały wtedy w Polsce, więc nietrudno sobie było wyobrazić, że aresztowani opozycjoniści trafią gdzieś na wschód ZSRR. Na „białe niedźwiedzie”.

– Zadzwoniłam do wujka mecenasa, powiedział, że następnego dnia mam iść na policję i powiedzieć, że Marek nie wrócił do domu – opowiada.

Marka Szweda zwolniono 23 grudnia 1982, w przeddzień Wigilii.

– Wiele żon opozycjonistów poradziło sobie tylko dzięki kościołowi – podkreśla pani Maryla. – Miało się taką świadomość, że ktoś zawsze nad nami czuwa. Zawsze każdą mszę przepłakałam, bo nie wiedziałam, co za chwilę będzie. Bez rodziny i przyjaciół same byśmy sobie nie poradziły.

Przyjaciel mógł być donosicielem

– Po aresztowaniu trzymali Marka ponad miesiąc w tych kazamatach na Powolnego w Opolu, a to dlatego, bo jego brat był funkcjonariuszem służby więziennej w zakładzie karnym na Rondzie – opowiada pani Maryla. – Dokładnie 18 czerwca, na Marka w imieniny, zawieźli go do Strzelec Opolskich. To było straszne przeżycie, kiedy pojechałam tam do męża w odwiedziny. Mój mąż wśród zabójców i kryminalistów.

Polityczny nawet wśród bandziorów był traktowany z honorami, pod warunkiem, że nikt tego nie zaburzał, nie napuszczał specjalnie jednych na drugich, a takie próby SB czyniła.

– Zabiegaliśmy o to, żeby męża przenieśli do więzienia na Rondzie, przy Sądowej w Opolu, tam, gdzie byli pozostali opozycjoniści – kontynuuje pani Maryla. – Brat męża pisał nawet raport, że jeśli on, funkcjonariusz straży więziennej, jest przeszkodą, to mogą go przenieść. W końcu męża przenieśli, a szwagier tez został na Sądowej. Tam gdzie dotychczas pracował.

Było tam zdecydowanie lepiej, bo popołudniami polityczny na Sądowej mógł się nawet herbaty napić.

– Dokuczliwy był brak dostępu do książek, a to, co opozycjonistów charakteryzowało, to pasja czytania – opowiada. – Przyniosłam mężowi książkę Rafała Urbana, bo akurat ją przygotowywałam do druku. Klawisze byli zdziwieni, bo dla nich Urban był tylko jeden.

Kilka tygodni po aresztowaniu Marka pani Maryla ich niespełna 3-letnią córeczkę zawiozła do swoich rodziców na wieś, w dolnośląskie.

– A to dlatego, że wcześniej córeczką opiekowała się moja koleżanka, a jej mąż był oficerem w wydziale kryminalnym milicji – opowiada. – To żaden esbek, ale z chwilą aresztowania Marka zaczął mieć przez naszą przyjaźń problemy. Nie chciałam im robić kłopotów.

Pani Maryla mówi, że w jej pracy, czyli Instytucie Śląskim i Instytucie Naukowym, który wówczas mieścił się przy Luboszyckiej w Opolu, mogła liczyć na wsparcie.

– Szef zaraz mi powiedział, że kiedykolwiek będę potrzebowała wyjść na proces, czy gdziekolwiek, to mi da wolne – wspomina. – Ale niektórzy pracownicy naukowi pokazali swoją prawdziwą twarz. Podszedł do mnie kolega i mówi „Nie będę teraz z tobą rozmawiał, bo chcę jechać na stypendium”. A to zabolało.

Ale w instytucie był też ktoś z nią zaprzyjaźniony, a o kim się po latach dowiedziała, że na nią o wszystkim donosił.

Do tej pory nie wiemy, kto był tajnym współpracownikiem SB.

Powrót nie był różowy

Kiedy Marek Szwed wrócił do domu w przeddzień Wigilii 1982 roku, był już nie ten sam.

– Tak pobyt w więzieniu na nim zaciążył – tłumaczy pani Maryla. Ale ona też popadła w jakiś marazm. – Nie potrafiłam się nawet zebrać do tego sprzątania – przyznaje. I dodaje, że kiedy zobaczyła męża w drzwiach, pomyślała, że trzeba umyć przynajmniej podłogę.

– Włączyłam pralkę na gorącą wodę i poparzyłam się tym wrzątkiem tak, że trzeba było szukać lekarza – wspomina. Do dzisiaj ma „pamiątkę” po tym przedświątecznym sprzątaniu i pamiątkę powrotu męża.

Po wyjściu z więzienia Marek Szwed nigdzie nie mógł znaleźć pracy – kontynuuje. – Pomimo, że koledzy z przedsiębiorstwa WPHW wstawiali się za nim, to miał wilczy bilet. Potem udało mu się znaleźć pracę w klubie związków twórczych, gdzie pracował dwa lata.

Po latach w archiwach IPN przeczytali, że TW informował, iż pracownicy z Instytutu, miejsca pracy pani Maryli, przychodzili do Marka, żeby naprawiał im radia i magnetofony.

– Mąż miał zarejestrowaną działalność, a oni przychodzili, żeby nas wspierać – tłumaczy. – Wspierały nas też moje przyjaciółki.

W dokumentach IPN znaleźli też raport, w którym jakiś TW dokładnie opisywał, gdzie komu Marek Szwed naprawiał radio.

– Mieliśmy małe dwa pokoje i kuchnię – mówi pani Maryla. –  Marek w kuchni naprawiał to radio, w pokoju spał synek, który urodził się w 1986 roku. A ten tajny współpracownik chodził po mieszkaniu. Czyli musiał być zaufanym i bliskim! Esbecy napisali w swoich raportach, że nie mógł on znaleźć w mieszkaniu bibuły.

Dwa lata od wyjścia Marka Szweda z więzienia ich 5-letnia wówczas córeczka na widok milicyjnego radiowozu zaczynała płakać.

– Nigdy nikt dziecku nie mówił, a ona doskonale wiedziała, że tato był w więzieniu – mówi pani Maryla. – Czasem mnie korci, żeby zajrzeć w dokumenty IPN po to by sprawdzić, odtajnić pseudonimy, które występowały w notatkach esbeków. Ale zaraz sobie myślę: po co? Nikomu już nic z tego nie przyjdzie. Poza tym przecież kogoś mogli szantażować, więc po co nam to wiedzieć.

Jolanta Jasińska-Mrukot

Udostępnij:
Wspieraj wolne media

Skomentuj

O Autorze

Dziennikarstwo, moja miłość, tak było od zawsze. Próbowałam się ze dwa razy rozstać z tym zawodem, ale jakoś bezskutecznie. Przez wiele lat byłam dziennikarzem NTO. Mam na swoim koncie książkę „Historie z palca niewyssane” – zbiór moich reportaży (wydrukowanie ich zaproponował mi właściciel wydawnictwa Scriptorium). Zdobyłam dwie (ważne dla mnie) ogólnopolskie nagrody dziennikarskie – pierwsze miejsce za reportaż o ludziach z ulicy. Druga nagroda to też pierwsze miejsce (na 24 gazety Mediów Regionalnych) – za reportaż i cykl artykułów poświęconych jednemu tematowi. Moje teksty wielokrotnie przedrukowywała Angora, a opublikowałam setki artykułów, w tym wiele reportaży. Właśnie reportaż jest moją największą pasją. Moim mężem jest też dziennikarz (podobno nikt inny nie wytrzymałby z dziennikarką). Nasze dzieci (jak na razie) poszły własną drogą, a jeśli już piszą, to wyłącznie dla zabawy. Napisałam doktorat o ludziach od pokoleń żyjących w skrajnej biedzie, mam nadzieję, że niedługo się obronię.