Od początku roku obowiązują nowe zasady polskiej ortografii. Bez fanfar, bez rewolucyjnych haseł, ale z ambicją uporządkowania tego, co przez lata narastało w słownikach, podręcznikach i głowach użytkowników języka. To największa korekta pisowni od dekad – i bardzo wiele mówi o tym, jak dziś myślimy o polszczyźnie.

Zmiany w ortografii zawsze budzą emocje. Jedni reagują ulgą, inni oburzeniem, jeszcze inni wzruszeniem ramion, bo przecież język i tak „sam się pisze”. Tym razem jednak nie chodzi o kaprys językoznawców ani o akademicką zabawę w regułki. Chodzi o praktykę. O to, że dotychczasowe zasady były coraz bardziej rozbieżne z tym, jak faktycznie piszemy i czytamy.

Nowa ortografia jest w dużej mierze próbą pogodzenia normy z uzusem. Przez lata nauczyliśmy się funkcjonować w świecie pełnym wyjątków, niekonsekwencji i reguł, które trzeba było po prostu zapamiętać. Reforma porządkuje ten krajobraz. Ujednolica zapis nazw mieszkańców miast i regionów, porządkuje użycie wielkich liter w nazwach własnych, upraszcza część konstrukcji złożonych, w których wcześniej nawet doświadczeni redaktorzy sięgali po słownik z niepewnością.

Jedną z najbardziej zauważalnych nowości jest sposób zapisu nazw mieszkańców miast i miejscowości. Dotychczasowa tendencja do pisania ich małą literą odchodzi do lamusa – dziś „Bielszczanin”, „Warszawiak” czy „Żywczanin” zapisujemy wielką literą, co ma konsekwencje nie tylko w podręcznikach, lecz także w reklamach i mediach. Podobnie określono zapis nazw własnych obiektów topograficznych i przestrzeni publicznej. Litera wielka zyskują niektóre człony nazw parków, placów czy bram miejskich – choć z pewną logiką pozostawiono ciągłość zasad tam, gdzie interweniowanie w tradycyjny zapis mogłoby prowadzić do zamieszania w dokumentach urzędowych.

Zmiany nie ograniczają się wyłącznie do wielkich liter. Nowe reguły dotyczą również łącznej lub rozdzielnej pisowni partykuł i przysługujących im form (między innymi „nie” z formami czasownikowymi) oraz praktyki zapisu z łącznikiem w złożeniach językowych – wszystkie te aspekty mają być bardziej intuicyjne i eliminować dotychczasowe wyjątki, które sprawiały trudności nawet doświadczonym użytkownikom języka.

To nie jest ortografia „na skróty”, jak czasem słychać w krytycznych głosach. To ortografia bardziej logiczna. Taka, która mniej karze za intuicję, a częściej ją potwierdza. W tle wyraźnie widać troskę o szkołę – o uczniów, dla których język polski bywa polem minowym, a nie narzędziem wyrażania myśli. Zamiast mnożyć pułapki, nowe zasady starają się je rozbrajać.

Oczywiście, przyzwyczajenia nie zmieniają się z dnia na dzień. Przez kilka lat będziemy żyć w okresie przejściowym, w którym stare i nowe formy będą funkcjonowały obok siebie. To rozsądne podejście. Język potrzebuje czasu, żeby „osiąść”. Wymuszone zerwanie z dawną normą przyniosłoby więcej chaosu niż pożytku.

Warto jednak spojrzeć na tę reformę szerzej. To sygnał, że polszczyzna nie jest pomnikiem, który należy tylko czyścić z kurzu. Jest organizmem żywym, reagującym na zmiany społeczne, technologiczne i kulturowe. Jeśli piszemy inaczej niż sto lat temu, to dlatego, że inaczej żyjemy, komunikujemy się i myślimy.

Nowa ortografia nie odbiera językowi elegancji ani precyzji. Przeciwnie – próbuje je ocalić w świecie pośpiechu, klawiatur i ekranów. A to, czy ją zaakceptujemy, zależy nie tylko od Rady Języka Polskiego, ale od nas wszystkich. Od tego, czy uznamy, że język ma nam służyć – a nie my jemu.

Reforma ta, choć przede wszystkim techniczna, ma także wymiar symboliczny. To moment, w którym naród zdecydował, że język nie jest archaicznym ornamentem reguł, lecz żywym narzędziem komunikacji. Podkreślenie praktyczności nad formalizmem oraz refleksja nad tym, jak zapis oddaje realne użycie języka – oto sedno tych zmian. Jak każda reforma, także ta spotka się z krytyką i sceptycyzmem, lecz jej wpływ na codzienną polszczyznę będziemy obserwować w najbliższych latach.

 

Zdjęcie autorstwa Alicji z Pixabay

Udostępnij:
Wspieraj wolne media

Skomentuj

O Autorze

Dziennikarz, publicysta, dokumentalista (radio, tv, prasa) znany z niekonwencjonalnych nakryć głowy i czerwonych butów. Interesuje się głównie historią, ale w związku z aktualną sytuacją społeczno-polityczną jest to głównie historia wycinanych drzew i betonowanych placów miejskich. Ma już 65 lat, ale jego ojciec dożył 102. Uważa więc, że niejedno jeszcze przed nim.