W styczniu 1991 roku w Wyższej Szkole Pedagogicznej w Opolu uruchomiono kierunek, który wtedy brzmiał dość nowatorsko i odważnie – ochrona środowiska. Był to pierwszy taki kierunek w całym kraju. Trzydzieści pięć lat później Uniwersytet Opolski świętował ten jubileusz w gronie absolwentów, wykładowców i przedstawicieli instytucji, dla których „środowisko” stało się codzienną pracą i misją.
Pytanie brzmi dziś prosto: czy tamta decyzja o powołaniu kierunku była trafiona?
Na początku lat 90. Polska dopiero wychodziła z epoki, w której o ekologii mówiono mało, a jeśli już, to głównie w kontekście katastrof przemysłowych albo dymu z kominów. Świadomość zmian klimatycznych była znikoma, gospodarka odpadami raczkowała, a pojęcie zrównoważonego rozwoju dopiero wchodziło do słownika polityków i naukowców. W takiej rzeczywistości uczelnia w średniej wielkości mieście postanowiła stworzyć cały kierunek studiów poświęcony właśnie temu tematowi. To nie był dodatek do biologii czy chemii – to miała być samodzielna ścieżka kształcenia.
I okazało się, że moment był niemal idealny.
Kierunek nie tylko przetrwał, ale rozrósł się do rozmiarów, o jakich na starcie nikt nie śnił. Z jednej katedry powstały kolejne, z fragmentu wydziału matematyczno-przyrodniczego wyłonił się własny wydział przyrodniczo-techniczny. Absolwenci rozeszli się po całym spektrum zawodów: od laboratoriów badawczych, przez urzędy miast i województw, po firmy konsultingowe, oczyszczalnie, rekultywacje terenów, inspektoraty i wreszcie – co ciekawe – własne biznesy ściśle związane z zieloną gospodarką.
To właśnie ta szerokość zastosowań jest chyba najmocniejszym argumentem za tym, że pomysł sprzed 35 lat był dobry. Kierunek nie zamknął się w akademickiej wieży – wykształcił ludzi, którzy realnie wpływają na to, jak Polska radzi sobie (lub nie radzi) z największymi wyzwaniami środowiskowymi. Wielu z nich podkreśla, że w latach 90. studiowali coś, co wtedy wydawało się egzotyczne, a dziś jest po prostu niezbędne.
Oczywiście nie było łatwo. Na starcie baza lokalowa kulała, program tworzono niemal w biegu, a sama nazwa „ochrona środowiska” musiała przejść przez centralnie ustalane listy kierunków – to był jeszcze czas, gdy uczelnie nie mogły dowolnie wymyślać nazw. Mimo to udało się. I to nie tylko przetrwać, ale wyprzedzić trendy.
Dziś, gdy ochrona środowiska przeniknęła niemal każdą dziedzinę – od rolnictwa i energetyki po urbanistykę, medycynę i prawo – opolski kierunek może patrzeć na siebie z satysfakcją. Nie był to tylko eksperyment pedagogiczny. Okazał się proroczy. Przygotował kadrę akurat wtedy, gdy Polska zaczynała doganiać unijne standardy, wdrażać dyrektywy, budować system gospodarki obiegu zamkniętego i walczyć z kryzysem klimatycznym.
Trudno o lepszy dowód, że decyzja sprzed 35 lat była słuszna, niż fakt, iż absolwenci wciąż znajdują zatrudnienie w bardzo szerokim wachlarzu miejsc, a sami wykładowcy mówią o prewencji jako priorytecie, choć na razie głównie „naprawiają świat”. To właśnie ta potrzeba naprawiania – i jednoczesna nadzieja na lepszą prewencję – sprawia, że kierunek nie zestarzał się ani trochę.
W 1991 roku w Opolu ktoś odważył się postawić na coś, co wtedy brzmiało jak przyszłość. Dziś wiemy, że to nie była przyszłość. To była teraźniejszość, która właśnie się materializowała.
I bardzo dobrze, że ktoś w porę to zauważył.
Fot. UWWO



























