Dwóch nastolatków jadących na jednej hulajnodze elektrycznej, bez kasków, zatrzymał policyjny patrol w Gogolinie. Funkcjonariusze wezwali rodziców i skończyło się na pouczeniu. To drobna interwencja, ale pokazuje znacznie większy problem. Hulajnogi elektryczne stały się dziś tym, czym trzydzieści lat temu były motorowery – symbolem wolności, pierwszym własnym pojazdem i… źródłem niekończących się kłopotów.

Jeszcze niedawno rodzice martwili się, że syn pożyczy od kolegi moplika (komarka albo simsona). Dziś wystarczy hulajnoga elektryczna. Nie trzeba prawa jazdy, nie słychać silnika, a prędkość dwudziestu kilometrów na godzinę wydaje się niewinna. Dopóki nie trzeba gwałtownie zahamować albo ominąć pieszego.

W Gogolinie policjanci zauważyli dwóch chłopców jadących na jednej hulajnodze. Żaden nie miał kasku. Tyle wystarczyło, by zatrzymać ich do kontroli. Funkcjonariusze przypomnieli, że hulajnoga jest pojazdem dla jednej osoby, a od czerwca dzieci do 16. roku życia mają obowiązek jazdy w kasku. Na miejsce wezwano rodziców. Hulajnoga to nie zabawka. A rodzice nie mają pilota do rozsądku

Nie chodzi jednak o sam mandat czy pouczenie. Problem zaczyna się dużo wcześniej.

Mam wrażenie, że hulajnogi przestały być traktowane jak pojazdy. Dla wielu są czymś pomiędzy zabawką a deskorolką. Tymczasem jadąc dwadzieścia kilometrów na godzinę można zrobić krzywdę sobie i komuś innemu. A kiedy na jednym pojeździe jedzie dwoje nastolatków, środek ciężkości przesuwa się tak, że pierwszy krawężnik może zakończyć wycieczkę na oddziale ratunkowym.

Najciekawsze jest jednak coś innego. Policjanci wezwali rodziców. I słusznie, bo to oni odpowiadają za dzieci. Ale żaden rodzic nie jest w stanie przez całe wakacje biegać za nastolatkiem z gwizdkiem. Tak samo jak nie przypnie mu kasku do głowy zdalnym pilotem.

Może więc zamiast kolejnych kampanii z hasłem „uważaj”, warto zacząć od prostego pytania: dlaczego młodzi ludzie uważają, że przepisy ich nie dotyczą? Bo przecież jazda we dwóch na hulajnodze nie jest wynikiem niewiedzy. Każdy doskonale wie, że tak nie wolno. Tak samo jak wie, że kask nie jest modnym dodatkiem, tylko ochroną głowy.

Paradoksalnie nowe przepisy o obowiązkowych kaskach dla najmłodszych mogą zrobić więcej dobrego niż setki policyjnych apeli. O ile będą egzekwowane. Bo prawo, którego nikt nie przestrzega, szybko staje się jedynie ozdobą Dziennika Ustaw.

Nie mam nic przeciwko hulajnogom. Wręcz przeciwnie. To wygodny, ekologiczny i często bardzo praktyczny środek transportu. Ale tylko wtedy, gdy korzysta się z niego z odrobiną rozsądku.

Bo rozsądek – w przeciwieństwie do hulajnogi – wciąż nie jest elektryczny. I nadal trzeba go uruchamiać samemu.

Udostępnij:
Wspieraj wolne media

Skomentuj

O Autorze

Dziennikarz, publicysta, dokumentalista (radio, tv, prasa) znany z niekonwencjonalnych nakryć głowy i czerwonych butów. Interesuje się głównie historią, ale w związku z aktualną sytuacją społeczno-polityczną jest to głównie historia wycinanych drzew i betonowanych placów miejskich. Ma już 65 lat, ale jego ojciec dożył 102. Uważa więc, że niejedno jeszcze przed nim.