Andrzej Poczobut został Honorowym Obywatelem Miasta Opola. I bardzo dobrze. Trudno znaleźć człowieka, który bardziej zasługiwałby dziś na takie wyróżnienie. Jest tylko jedna rzecz, której w jego postawie nie potrafię zrozumieć. Poczobut chce wrócić na Białoruś. Tam, skąd dopiero co z ogromnym trudem udało się go wydostać.

W piątek w opolskim ratuszu wydarzyła się rzecz ważna. Andrzej Poczobut odebrał tytuł Honorowego Obywatela Miasta Opola. Radni wcześniej zdecydowali o jego przyznaniu jednogłośnie. Inicjatorami uhonorowania dziennikarza byli prezydent Opola Arkadiusz Wiśniewski i Tomasz Siemoniak.

To dobra decyzja. Bez żadnego „ale”.

Poczobut zapłacił za swoje przekonania cenę, o której nam, siedzącym przed komputerami i kłócącym się na Facebooku, trudno nawet mówić. Ponad pięć lat białoruskiego więzienia. Wyrok ośmiu lat kolonii karnej o zaostrzonym rygorze. Izolacja, ograniczony kontakt z rodziną, świadomość, że siedzi się nie za przestępstwo, lecz za dziennikarstwo, polskość i niezgodę na dyktaturę Łukaszenki.

Dlatego Opole miało wszelkie powody, by go uhonorować. Tym bardziej że związki Poczobuta i Związku PolakówHonorowy obywatel Opola chce wrócić za kraty? na Białorusi z naszym miastem nie zaczęły się wczoraj. Jest w tej historii także ważny opolski ślad – Roman Kirstein, przez lata przyjaciel Polaków na Białorusi. Poczobut właśnie w tym kontekście odbiera swoje honorowe obywatelstwo.

I właściwie w tym miejscu można byłoby postawić kropkę, gdyby nie zapowiedź Poczobuta, że wróci na Białoruś.

Przyznam: tego nie rozumiem.

O jego uwolnienie zabiegała polska dyplomacja, politycy, organizacje międzynarodowe. W operację, która ostatecznie doprowadziła do jego wyjścia na wolność 28 kwietnia, zaangażowani byli przedstawiciele kilku państw. Po pięciu latach człowiek wreszcie wyszedł zza krat i znalazł się w Polsce.

A teraz mówi: wracam.

Poczobut twierdzi, że białoruskie władze zagwarantowały mu możliwość powrotu. Zaraz jednak sam dodaje coś znacznie ważniejszego: że przecież nikt nie da mu gwarancji bezpieczeństwa. I że nie jest naiwny. Bo jeżeli ktoś przez pięć lat trzymał człowieka w więzieniu z powodów politycznych, trudno nagle uwierzyć, że stał się państwem prawa, które będzie honorowało jakieś ustalenia. Łukaszenka nie zmienił się przecież w demokratę tylko dlatego, że Poczobut przekroczył polską granicę.

Rozumiem jego argumenty. To jest jego kraj. Tam są Polacy, z którymi działał. Tam jest Związek Polaków na Białorusi. Tam jest Grodno i jego świat. Człowiek może czuć, że opuszczając to wszystko, pozwala reżimowi osiągnąć cel: pozbyć się niewygodnego obywatela.

Rozumiem też odwagę. Tylko że odwaga nie zwalnia z pytania o sens.

Jeżeli Poczobut wróci i będzie mógł działać – pierwszy przyznam, że moje obawy były przesadzone. Bardzo chciałbym się pomylić. Ale jeśli po przekroczeniu granicy zostanie ponownie zatrzymany, będziemy mieli dokładnie ten sam dramat. Znowu apele, uchwały, interwencje, dyplomatyczne negocjacje. Znowu rodzina będzie czekała, a Polska i pół Europy będą próbowały wyciągnąć Andrzeja Poczobuta z więzienia.

A przecież dopiero co udało się go stamtąd wydostać.

Można być bohaterem i jednocześnie podejmować decyzję, której inni nie potrafią zrozumieć. Jedno drugiego nie przekreśla. Dlatego wczorajszej uroczystości w Opolu niczego bym nie odbierał. Przeciwnie. Honorowe obywatelstwo dla Andrzeja Poczobuta było decyzją słuszną, potrzebną i symboliczną. Opole uhonorowało człowieka, który za wolność słowa zapłacił kawałkiem własnego życia.

Chciałbym tylko, żeby ten honorowy obywatel Opola mógł czasem do Opola przyjechać. A nie żebyśmy za kilka tygodni znowu pisali petycje z żądaniem jego uwolnienia. Jego motywacja ma sens: nie chce, żeby Łukaszenka poprzez więzienie i deportację decydował, gdzie Poczobut ma żyć. Wątpliwość dotyczy czegoś innego: czy warto udowadniać to dyktaturze, ryzykując kolejne lata więzienia.

 

Fot. Facebook

Udostępnij:
Wspieraj wolne media

Skomentuj

O Autorze

Dziennikarz, publicysta, dokumentalista (radio, tv, prasa) znany z niekonwencjonalnych nakryć głowy i czerwonych butów. Interesuje się głównie historią, ale w związku z aktualną sytuacją społeczno-polityczną jest to głównie historia wycinanych drzew i betonowanych placów miejskich. Ma już 65 lat, ale jego ojciec dożył 102. Uważa więc, że niejedno jeszcze przed nim.