Powinienem być prezydentowi wdzięczny. Po zmianie podziału mandatów Opolszczyzna mogłaby stracić jednego posła, więc Karol Nawrocki, wetując nowelizację Kodeksu wyborczego, ocalił nasz regionalny stan posiadania. Niestety, całą przyjemność psuje mi przekonanie, że głos obywatela powinien ważyć tyle samo również wtedy, kiedy ten obywatel mieszka gdzie indziej.

To wyjątkowo niewygodna przypadłość: mieć zasady także wtedy, kiedy się na nich traci. W polskiej polityce można z tym uchodzić za człowieka zupełnie nieprzygotowanego do życia publicznego.

Sprawa jest prosta. Ludzie się przeprowadzają. Jedne regiony zyskują mieszkańców, inne się wyludniają. Tymczasem liczba posłów przypisanych do okręgów trwa niewzruszona. Mieszkaniec wyjechał, ale jego miejsce w wyborczej arytmetyce najwyraźniej zostało. Przywiązanie do rodzinnych stron godne podziwu. Nowelizacja miała pozwolić Państwowej Komisji Wyborczej regularnie dostosowywać liczbę mandatów do zmian demograficznych. Bez dokładania posłów i bez przesuwania granic okręgów. Prezydent zakwestionował jednak między innymi ustalanie tego podziału w drodze obwieszczenia PKW oraz zmiany dotyczące nadzoru nad wyborami.

Można oczywiście dyskutować o formie prawnej. Można pytać, kto ma ogłaszać podział i jakie zabezpieczenia powinny temu towarzyszyć. Tyle że po prezydenckim „nie” zostaje bardzo konkretne „tak”: dla utrzymywania podziału, który coraz gorzej odpowiada temu, gdzie rzeczywiście mieszkają ludzie.

Stabilność po polsku. Rzeczywistość się zmienia, więc tym bardziej nie wolno ruszać tabelki.

Senator Waldy Dzikowski, który reprezentował wnioskodawców podczas prac nad ustawą, nie próbował ukrywać irytacji.

– Proszę wybaczyć, ale Pan bzdury opowiada w tym uzasadnieniu weta – napisał Waldy Dzikowski, senator RP.

Uprzejme „proszę wybaczyć” uznaję za senatorski wkład w łagodzenie obyczajów. Dalsza część zdania nadaje się już do normalnej rozmowy.

Dzikowski wskazuje też na prezydencki argument dotyczący komisarzy wyborczych. Według przedstawionych przez senatora zasad miało ich być od dwóch do sześciu w województwie, zależnie od decyzji PKW. Maksymalnie 96 zamiast obecnych stu. Oczywiście sama różnica czterech stanowisk nie rozstrzyga, czy nadzór byłby sprawny. Trzeba policzyć zadania, obwody, obciążenie pracą. Ale właśnie: policzyć. Trudno zastępować taką ocenę sugestią, że setny komisarz gwarantuje demokrację, a przy dziewięćdziesiątym szóstym zaczynają się poważne kłopoty z państwem.

W ustawie były również rozwiązania bliższe zwykłemu wyborcy: mniejsze obwody, sprawniejsza organizacja głosowania, ułatwienia dla Polaków za granicą. Cały pakiet dostał weto. Obywatel może więc nadal cierpliwie czekać. Na poprawione przepisy, na polityczne porozumienie, ewentualnie w kolejce do komisji.

Nie kupuję przy tym zapewnienia, że w prawie wyborczym nie ma żadnej polityki. Oczywiście, że jest. Podział mandatów ma polityczne skutki. Właśnie dlatego powinien wynikać z możliwie jasnych reguł, zamiast zależeć od tego, komu akurat opłaca się aktualizować dane, a komu bardziej odpowiadają stare.

I tutaj wracam na Opolszczyznę. Chcę, żeby nasz region miał silną reprezentację. Chcę też, żeby przestał tracić mieszkańców. Zachowanie liczby posłów nie załatwia jednak tego drugiego problemu. Można mieć nadal tyle samo parlamentarzystów i coraz mniej ludzi, których reprezentują. Sukces wyłącznie dla parlamentarzystów.

Nawrocki uprawia prezydenturę, w której sprzeciw coraz częściej wygląda na gotową odpowiedź, do której dopiero dobiera się pytanie. Tym razem pytanie dotyczyło równej wagi głosu. Odpowiedź znów brzmi: nie.

Zatem dziękuję, panie prezydencie, za ocalenie naszego mandatu. Wolałbym jednak, żeby Opolszczyzna zachowała go dzięki liczbie mieszkańców. Nie dzięki temu, że głowa państwa odmówiła przyjęcia wyniku liczenia.

Udostępnij:
Wspieraj wolne media

Skomentuj

O Autorze

Dziennikarz, publicysta, dokumentalista (radio, tv, prasa) znany z niekonwencjonalnych nakryć głowy i czerwonych butów. Interesuje się głównie historią, ale w związku z aktualną sytuacją społeczno-polityczną jest to głównie historia wycinanych drzew i betonowanych placów miejskich. Ma już 65 lat, ale jego ojciec dożył 102. Uważa więc, że niejedno jeszcze przed nim.