Radny Wojciech Komarzyński znów postanowił ratować Polskę przed komunizmem. Tym razem okazją była wizyta Włodzimierza Czarzastego w Opolu. Według radnego wojewoda Monika Jurek „zaczęła od pozbawienia jednej z sal imienia działaczy antykomunistycznej opozycji, a kończy przyjmując z honorami komunistę”. Problem polega na tym, że kiedy historię zamienia się w polityczny mem, bardzo łatwo zgubić fakty.
Wojciech Komarzyński coraz wyraźniej upodabnia się do posłów PiS z czasów ich najlepszej propagandowej formy. Nie ma wydarzenia, którego nie dałoby się sprowadzić do walki z komunizmem. Przyjechał polityk Lewicy? Komunizm. Zmieniono nazwę sali? Komunizm. Za chwilę okaże się, że deszcz też pada z winy komunistów.
Najbardziej uderza jednak wybiórczość tej historycznej wrażliwości.
Radny napisał, że wojewoda pozbawiła salę imienia działaczy antykomunistycznej opozycji. Tyle że nie wspomina już, jak do tej zmiany doszło wcześniej.
Przez dziesięciolecia była to sala imienia Edmunda Osmańczyka – wybitnego publicysty, pisarza i parlamentarzysty, człowieka od lat związanego z Opolszczyzną. Za rządów PiS postanowiono jednak dokonać symbolicznej rewolucji. Salę przemianowano na salę Braci Kowalczyków (bo Osmańczyk był komunistą), a przy okazji ingerowano w zabytkową substancję gmachu Opolskiego Urzędu Wojewódzkiego. Konserwatorzy zabytków mieli w tej sprawie swoje uwagi.
Czy wtedy pan Komarzyński protestował przeciwko politycznemu wykorzystywaniu historii?
Nie przypominam sobie.
Bo najwyraźniej historia jest święta tylko wtedy, gdy pisze ją jego własne środowisko.
Jeszcze ciekawsze jest oburzenie obecnością Włodzimierza Czarzastego. Można się z nim nie zgadzać. Można krytykować jego poglądy. Taka jest polityka. Ale wojewoda nie przyjmowała go jako byłego członka PZPR sprzed kilkudziesięciu lat. Przyjęła jednego z liderów ugrupowania współtworzącego obecny rząd Rzeczypospolitej i Marszałka Sejmu. To element normalnego funkcjonowania państwa.
Najbardziej zabawne jest jednak to, że podobne lekcje moralności wygłaszają politycy środowiska, które przez lata nie miało najmniejszego problemu z powierzaniem najwyższych stanowisk ludziom z bardzo ciekawą przeszłością. Wystarczy przypomnieć postać Stanisława Piotrowicza – byłego prokuratora z czasów PRL, który w III RP został jednym z najbardziej rozpoznawalnych polityków PiS, a później sędzią Trybunału Konstytucyjnego.
Wtedy jakoś nikomu nie przeszkadzały życiorysy.
Widocznie komunizm jest zły tylko wtedy, gdy można go przypisać politycznemu przeciwnikowi.
W wykonaniu radnego Komarzyńskiego historia coraz częściej staje się pałką do okładania przeciwników politycznych. Nie służy zrozumieniu przeszłości. Służy zdobywaniu kilku kolejnych polubień w mediach społecznościowych.
Zarzucanie komuś „zbratania się” z władzą, jednocześnie samemu mając w partyjnym zapleczu aktywne wspieranie PRL-owskiego aparatu lub wręcz niszczenie historycznego dziedzictwa w imię ideologicznych gierek, to szczyt bezczelności.
Zamiast więc pouczać wojewodę o „wymownych” wizytach, wypadałoby najpierw spojrzeć w lustro i sprawdzić, czy nie widać w nim jeszcze resztek tynku z dewastowanej sali, którą tak chętnie przerabiali na własne potrzeby. Ale na to, jak widać, zabrakło czasu. Przecież w polityce najwygodniej krzyczeć najgłośniej tam, gdzie własne winy najbardziej bolą.



