Przed wyjściem na cmentarz sprawdzamy, czy mamy zapałki. Ktoś bierze ścierkę, ktoś dolewa wody do butelki, bo na miejscu kran może być już zakręcony. Trzeba jeszcze zabrać kwiaty z balkonu. Zwyczajne przygotowania do spotkania z ludźmi, których nie ma.
Na cmentarzu okazuje się jednak, że wciąż mają swoje miejsce w rodzinie. Nadal idzie się „do mamy”, „do dziadka”, „do naszych”. Jakby mieszkali trochę dalej i trzeba było wreszcie znaleźć czas, żeby ich odwiedzić. Przy grobie zawsze jest coś do zrobienia. Listek przykleił się do płyty, znicz stoi krzywo, chryzantema zasłania nazwisko. Poprawiamy, wycieramy, przesuwamy. Łatwiej zająć czymś ręce, kiedy nie bardzo wiadomo, co zrobić z resztą siebie.
A potem przychodzi wspomnienie. Wcale nie to uroczyste, przygotowane na taką okazję. Ojciec szukający okularów, które miał na nosie. Mama odkładająca dla nas kawałek ciasta. Czyjś śmiech z drugiego pokoju. Drobiazgi, o których człowiek kiedyś nawet nie pomyślał, że mogą mu tak bardzo doskwierać. Tęskni się przecież także za tym, co irytowało. Za pytaniem, czy już dojechaliśmy. Za kolejną dokładką, chociaż naprawdę nie byliśmy głodni. Za „ubierz się ciepło”, wypowiadanym do nas jeszcze wtedy, gdy sami mieliśmy dorosłe dzieci.
Można mieć siedemdziesiąt lat i bardzo potrzebować, żeby ktoś znowu tak powiedział.
Pierwszego listopada spotyka się też żywych. Kuzynkę, z którą od dawna rozmawiamy głównie przy grobach. Sąsiada rodziców, wyraźnie starszego niż przed rokiem. Padają pytania o zdrowie, o dzieci, o drogę. Czasem ktoś przypomni historię i nagle śmiejemy się między mogiłami. Zaraz potem trochę nam głupio. A przecież ten, którego wspominamy, pewnie sam śmiałby się najgłośniej.
Nie każdemu jest tego dnia jednakowo. Ktoś przychodzi po raz pierwszy i jeszcze nie umie patrzeć na wyryte nazwisko. Ktoś od trzydziestu lat stawia znicz w tym samym miejscu. Są też ludzie, którzy zostają w domu, bo za daleko, bo nogi odmawiają posłuszeństwa, bo nie mają z kim pojechać. Wieczorem przeglądają zdjęcia. Na jednym wszyscy są jeszcze razem i nikt nie wie, że kiedyś właśnie to zdjęcie będzie tak ważne. Z cmentarza zwykle wychodzimy z jakimś postanowieniem. Że zadzwonimy do siostry. Odwiedzimy wujka. Zapytamy wreszcie o historię, której dotąd słuchaliśmy jednym uchem. Potem wracają zakupy, rachunki, sprawy na wczoraj. Telefon znów można odłożyć.
A dobrze byłoby choć raz zadzwonić od razu. Jeszcze w drodze do domu.
Wieczorem na cmentarzach zostają światła. W domach zdejmuje się odświętne kurtki, nastawia wodę na herbatę. Ktoś stawia na stole za dużo filiżanek, bo ręce czasem pamiętają dłużej, niż byśmy chcieli.
— Zmarzłeś? — pyta ktoś z kuchni.
Dobrze, jeśli jest komu odpowiedzieć.



