Fundusz Sprawiedliwości okazał się w tej dziedzinie prawdziwą kuźnią talentów: potrafią jednocześnie brać pieniądze publiczne, słyszeć zarzuty i wciąż występować w roli ofiar. To sztuka wymagająca lat praktyki, odpowiedniego zaplecza partyjnego oraz absolutnej odporności na wstyd.
O sprawie pisaliśmy wielokrotnie:
Hydra Solidarnej Polski – coraz więcej szczegółów o Funduszu Sprawiedliwości
Kiedy zwykły obywatel słyszy słowo „zarzuty”, zaczyna myśleć o adwokacie, stresie i możliwych konsekwencjach. Kiedy słyszy je polityk obozu PiS – zaczyna mówić o nagonce, zemście politycznej i represjach. Schemat jest zawsze ten sam, sprawdzony jak stara kaseta magnetofonowa: najpierw pieniądze, potem prokuratura, na końcu opowieść o niewinności i złych mediach.
Bo w tej opowieści nigdy nie chodzi o dokumenty, faktury, procedury czy kwoty. Chodzi o narrację. O to, by każdy zarzut zamienić w akt odwagi, każdą kontrolę w przejaw dyktatury, a każde pytanie dziennikarza w dowód prześladowań. W wersji rozszerzonej pojawia się jeszcze „zamach na samorządność”, „atak na wartości” i – obowiązkowo – nazwisko Ziobry jako patrona epoki.
Fundusz Sprawiedliwości miał pomagać ofiarom przestępstw. Pomógł – ale głównie swoim. Zadziałał jak bankomat z kodem partyjnym, z którego pieniądze wypłacało się nie według potrzeb, lecz według przynależności. A kiedy bankomat się zaciął i ktoś zajrzał do środka, nagle okazało się, że to nie kontrola, tylko prześladowanie.
Najciekawsze jest jednak to, że nikt z tego środowiska nigdy nie czuje się odpowiedzialny. Zawsze jest „współpracownikiem”, „beneficjentem”, „realizatorem projektu”. Winni są inni: urzędnicy, media, nowa władza, Bruksela, a najlepiej wszyscy naraz. To system doskonały – bez winnych, za to z pełnymi kontami i gotową linią obrony.
I tu wracamy do pytania, które powinno wybrzmieć głośniej niż wszystkie konferencje prasowe: czy w tym kraju naprawdę znajdzie się ktoś, kto powie „dość”?
Dość traktowania publicznych pieniędzy jak prywatnego folwarku.
Dość narracji, w której każda sprawa karna jest politycznym atakiem.
Dość udawania, że „zarzuty” to tylko nieprzyjemna opinia, a nie sygnał, że państwo wreszcie zaczyna działać.
Bo jeśli nawet teraz – po aktach, dokumentach i konkretnych zarzutach – znów wszystko rozmyje się w opowieści o nagonce, to znaczy, że niezatapialność pisowskiej elity nie jest już patologią systemu.
Ona jest jego fundamentem.
A Fundusz Sprawiedliwości? Cóż. Sprawiedliwości w nim było niewiele. Funduszy – jak widać – aż nadto.
Fot. melonik



