Skrzynka mailowa pełna „nagród”, „bonusów”, pilnych ostrzeżeń i wiadomości, których nadawcy wiedzą nawet, jak mamy na imię. Telefon z banku, który zna nazwę naszego banku i przekonuje, że właśnie ktoś kradnie nam pieniądze. Oszuści atakują dziś ze wszystkich stron. Mieszkanka Krapkowic uwierzyła fałszywemu pracownikowi banku i wypłaciła 28 tys. zł swoich oszczędności. Część pieniędzy udało się uratować, ale ta historia pokazuje, jak dobrze przestępcy nauczyli się grać na strachu i pośpiechu.
Wystarczy zajrzeć do zwykłej skrzynki pocztowej. Nie do spamu. Do normalnej poczty.
„Siema Leszek” – zaczyna się jedna z wiadomości. Dalej robi się jeszcze ciekawiej. Nadawca „rzucił okiem na moje konto” i odkrył, że czekają tam nieodebrane nagrody. Aż 350 procent bonusu, 150 darmowych spinów i – oczywiście – ostatnia szansa. Trzeba tylko wpłacić pieniądze.
Inny nadawca jest bardziej elegancki. Informuje, że „sejf oczekuje na Ciebie, Leszek”. W środku ma być 2250 zł i 200 darmowych spinów. Trzeba się jednak pospieszyć, bo oferta wygaśnie.
Jeszcze ktoś oznajmia:
> „Wybrano Cię, aby otrzymać ekskluzywny pakiet nagród premium”.
Tym razem do wzięcia jest już 4500 zł. Nadawca zna imię i nazwisko adresata, opowiada skomplikowaną historię o jakimś zawieszonym koncie VIP i zapewnia, że właśnie dlatego szczęście uśmiechnęło się do odbiorcy.
W tej samej skrzynce można znaleźć wiadomość o rzekomym „przyznaniu środków urlopowych” w wysokości 5000 zł, informację o przesyłce, której nie zamawialiśmy, ostrzeżenie dotyczące bezpieczeństwa konta czy tajemniczą wiadomość od kogoś, kto „nie powinien tego wysyłać”.
Mechanizm niemal zawsze jest podobny. Kliknij. Otwórz załącznik. Zaloguj się. Podaj dane. Wpłać niewielką kwotę. Zrób to teraz, bo za godzinę, dobę albo dwa dni okazja przepadnie.
I właśnie ten ostatni element jest najważniejszy: nie dać człowiekowi czasu na myślenie.
Mieszkanka Krapkowic nie dostała wiadomości o wygranej. Dostała telefon. Scenariusz był jednak zbudowany dokładnie na tych samych emocjach.
Najpierw zadzwoniła kobieta przedstawiająca się jako pracownica firmy pożyczkowej. Poinformowała, że wniosek mieszkanki o pożyczkę został pozytywnie rozpatrzony.
Problem w tym, że mieszkanka Krapkowic żadnej pożyczki nie chciała i żadnego wniosku nie składała.
To jednak zamiast zakończyć rozmowę, miało dopiero wywołać strach. Rozmówczyni zasugerowała, że ktoś najprawdopodobniej posłużył się danymi kobiety.
Kilka minut później zadzwonił mężczyzna. Tym razem był już rzekomym pracownikiem banku, w którym kobieta rzeczywiście miała konto. Przyniósł kolejną złą wiadomość: ktoś miał wystąpić o duplikat jej karty płatniczej. Pieniądze na rachunku były więc – jak przekonywał – zagrożone.
Scenariusz był przygotowany bardzo dobrze. Najpierw pożyczka, której kobieta nie brała. Potem informacja o kradzieży danych. Wreszcie telefon człowieka występującego w roli ratownika, który wie, jak ocalić oszczędności. Trzeba tylko wykonywać jego polecenia. Kobieta miała wypłacić z banku wszystkie pieniądze i przez cały czas pozostawać z „pracownikiem banku” w kontakcie telefonicznym.
Zrobiła to.
Z gotówką pojechała następnie do wpłatomatu. Tam, korzystając z kodów podawanych przez oszusta, wpłaciła swoje oszczędności. Mężczyzna zapewniał ją, że trafiają na „bezpieczny rachunek” i następnego dnia wrócą do właścicielki.
W ten sposób mieszkanka Krapkowic przekazała przestępcom 28 tysięcy złotych.
Dopiero po zakończeniu rozmowy zrozumiała, co się stało, i zgłosiła sprawę policji. Szybka reakcja krapkowickich funkcjonariuszy pozwoliła zablokować część pieniędzy na rachunku, zanim zostały przesłane dalej. Bez tego strata mogła być jeszcze większa.
Ta historia jest ważna także dlatego, że pokazuje, jak bardzo zmienił się stereotyp internetowego czy telefonicznego oszusta.
Nie zawsze jest nim już ktoś piszący łamaną polszczyzną o afrykańskim księciu, który chce nam podarować milion dolarów. Wiadomość może zawierać nasze imię i nazwisko. Oszust może znać nazwę banku. Na ekranie telefonu może nawet pojawić się numer wyglądający na prawdziwy numer banku, ponieważ przestępcy potrafią podszywać się pod numery telefoniczne – to tzw. spoofing.
A przede wszystkim oszust nie musi być głupi. Przeciwnie – jego „pracą” jest sprawić, żeby przez kilka czy kilkadziesiąt minut to ofiara przestała spokojnie analizować sytuację.
Dlatego raz obiecuje 4500 zł nagrody, innym razem straszy utratą 28 tysięcy. Raz każe kliknąć, bo „oferta wygaśnie”, innym razem wypłacić pieniądze, bo „konto jest zagrożone”.
Cel pozostaje ten sam.
Nasze pieniądze.
Bank nie każe ratować pieniędzy w bankomacie
Pracownik banku nie poleci klientowi wypłacić wszystkich oszczędności i wpłacić ich na „bezpieczne konto” za pomocą przesłanych lub podyktowanych kodów. Nie należy również podawać telefonicznie kodów BLIK, haseł do bankowości elektronicznej ani kodów autoryzacyjnych.
Jeżeli rozmówca twierdzi, że pieniądze są zagrożone, najlepiej zakończyć rozmowę. Nie oddzwaniać na numer, który się wyświetlił, lecz samodzielnie wybrać oficjalny numer banku – np. znajdujący się na karcie płatniczej lub stronie banku – i sprawdzić, czy rzeczywiście próbowano się z nami kontaktować.
Podobnie z pocztą elektroniczną: „ostatnia szansa”, nagroda, której nie zdobyliśmy, paczka, której nie zamawialiśmy, niespodziewane pieniądze i żądanie natychmiastowego kliknięcia w link powinny zapalić czerwoną lampkę. Presja czasu nie jest przypadkiem. Ma sprawić, żebyśmy najpierw kliknęli albo zapłacili, a dopiero później zaczęli myśleć.



