Po nieudanym referendum w Nysie i głośnym referendum w Krakowie nowa fala referendalnych emocji dociera do Brzegu. Oficjalnie wszystko jest obywatelskie, spontaniczne i oddolne. Tak oddolne, że w cieniu całej akcji coraz wyraźniej majaczą znajome polityczne sylwetki. A gdy w tle pojawia się radny Wojciech Komarzyński, człowiek zdolny znaleźć aferę nawet w rachunku za papier do drukarki, trudno oprzeć się wrażeniu, że przypadków jest tu wyjątkowo dużo.
Referendum jest jednym z najważniejszych instrumentów demokracji lokalnej. To prawda. Młotek jest jednym z najważniejszych narzędzi w warsztacie. To też prawda. Problem zaczyna się wtedy, gdy ktoś postanawia używać młotka do wszystkiego. Do przykręcania śrubek, naprawiania zegarka i krojenia chleba.
Od kilku miesięcy obserwujemy referendalną modę. Najpierw Nysa. Tam miało być polityczne trzęsienie ziemi, ludowe powstanie przeciwko burmistrzowi, polityczne tsunami. Skończyło się jak często kończą się polityczne tsunami zapowiadane przez facebookowych strategów – lekkim kapaniem deszczu.
Potem przyszedł Kraków. Tam referendum się udało. I nagle niektórzy odkryli, że referendum może być nowym
sportem narodowym. A skoro udało się w Krakowie, to dlaczego nie próbować wszędzie? Najlepiej od razu. Natychmiast. Bez chwili oddechu. Kadencja samorządu trwa pięć lat? Cóż za szczegół.
Mieszkańcy wybrali władzę rok temu? Tym gorzej dla mieszkańców.
Przecież demokracja według niektórych polega na tym, że głosujemy tak długo, aż wynik będzie właściwy. W Brzegu ruszyła więc akcja zbierania podpisów. Oficjalnie obywatelska, spontaniczna i oddolna. I oczywiście całkowicie przypadkowo w mediach społecznościowych entuzjastycznie wspiera ją radny Wojciech Komarzyński. Ten sam Wojciech Komarzyński, który potrafi dostrzec skandal tam, gdzie inni widzą paragraf, procedurę albo zwykły rachunek. Ten sam Wojciech Komarzyński, który od miesięcy prowadzi permanentną kampanię polityczną przeciwko władzom różnych szczebli samorządu, który najwyraźniej uznał, że skoro nie udało się wywołać politycznego pożaru w jednym miejscu, to może uda się rozpalić ognisko w następnym.
Oczywiście nikt nie mówi, że stoi za referendum, że nim kieruje. Nikt nie ogłasza oficjalnie politycznego patronatu. Tak samo jak nikt nie twierdzi, że deszcz ma coś wspólnego z chmurami. Tyle że czasem warto spojrzeć w niebo.
Argumenty o „odpartyjnianiu miasta” zawsze pięknie brzmią. Zwłaszcza gdy o odpartyjnianiu mówią osoby, których polityczne sympatie są widoczne z odległości większej niż wieża brzeskiego ratusza.
W Polsce istnieje szczególny gatunek polityka. To człowiek, który przez pół życia walczy pod partyjnym sztandarem, a potem nagle ogłasza się niezależnym obrońcą obywateli. Trochę jak lis organizujący konferencję na temat bezpieczeństwa kurników.
Niepokoi też coś jeszcze. Wśród zarzutów wobec burmistrz Brzegu coraz częściej pojawiają się emocje, plotki, uproszczenia i wielkie słowa. „Skandal”, „układy”, „afera”, „lekceważenie mieszkańców”. Brakuje tylko kosmitów i zaginionego skarbu templariuszy.
Sama burmistrz zwraca uwagę, że część zarzutów opiera się na przekłamaniach i niedopowiedzeniach. Jeśli ma rację, to nie byłby pierwszy taki przypadek w naszej lokalnej polityce. Bo współczesna polityka nauczyła się jednej rzeczy: fakt jest nudny. Emocja sprzedaje się lepiej. A referendum jest idealnym nośnikiem emocji. Nie trzeba niczego udowadniać. Wystarczy zasiać wątpliwość, codziennie powtarzać, że jest źle. Wystarczy produkować kolejne wpisy, kolejne oskarżenia, kolejne „szokujące informacje”. A później patrzeć, czy coś wykiełkuje.
Ostatecznie mieszkańcy Brzegu sami zdecydują, czy chcą referendum. Tak działa demokracja. Ale warto pamiętać o jednej rzeczy. Referendum nie jest celem samym w sobie. Nie jest konkursem popularności. Nie jest też sposobem na prowadzenie niekończącej się kampanii wyborczej między jednymi wyborami a drugimi. Bo jeśli co kilka miesięcy zaczniemy odwoływać każdego burmistrza, prezydenta czy wójta, który nie spodoba się grupie politycznych aktywistów, to za chwilę samorząd zamieni się w permanentny festiwal wyborczy. A wtedy nie będzie czasu na rządzenie. Za to będzie mnóstwo czasu na konferencje prasowe, wpisy na Facebooku i kolejne referenda.
Trudno oprzeć się wrażeniu, że niektórzy właśnie o tym marzą.
I patrząc na aktywność radnego Komarzyńskiego, można odnieść wrażenie, że gdyby referendum było dyscypliną olimpijską, już dziś zamawiałby gablotę na złoty medal.
Ilustracja: Wygenerowane prze AI z FB Wojciecha Komarzyńskiego



